2010-02-27 13:02
 Oceń wpis
   

Przeglądałam ostatnio Rzeczpospolitą (dawno już tego nie robiłam bo zamieszczane tam komentarze działają mi swoim pro-deweloperskim podejściem na nerwy - przykład tutaj). Lektura zaskoczyła mnie nadzwyczaj pozytywnie, jako że dostrzegam pierwiosnki innego troszkę niż dotychczas myślenia.

Zwróćcie uwagę na poradę eksperta w zakresie prawa:
"Czytelnik pyta - ekspert odpowiada:
Pan T. kupił siedlisko z myślą o budowie domu, a gmina nie chce wydać pozwolenia na budowę, tłumacząc, że do średniej powierzchni działki siedliskowej brakuje mu 200 mkw. Co może zrobić?
Radzi Małgorzata Zamorska, kancelaria bnt Neupert, Zamorska & Partnerzy
– Najprościej doradzić zakup dodatkowych 200 mkw., co w praktyce może jednak być niewykonalne. Generalnie radziłabym każdemu gruntowne przemyślenie zakupu działki rolnej w tzw. szczerym polu. Taka inwestycja wydaje się korzystna ze względu na niską cenę gruntu. Często jednak po przejściu toru przeszkód i wybudowaniu wymarzonego domu okazuje się, że koszty i czas dojazdów do pracy, organizacja dowozu dzieci do szkoły, ograniczenia w możliwości korzystania z uciech miejskich nie rekompensują sielskiego widoku na łany zboża.Jeżeli zatem ktoś nie planuje rzeczywistego włączenia się w życie wsi, to lepiej poszukać działki bliżej cywilizacji, choćby znacznie mniejszej. Takie działki i zbudowane na nich domy znacznie łatwiej znajdują nabywców i mają stabilną cenę."

Powoli uczymy się rozróżniać interes końcowego nabywcy nieruchomości, który będzie zmuszony męczyć się z brakiem skutecznego dojazdu, a niekiedy również efektywnej infrastruktury (o czym pisze również Rzeczpospolita w innym artykule na podobny temat) o szkołach, przedszkolach i tego typu udogodnieniach nawet nie marząc - od interesu aktualnego rolnika, któremu na skutek zmiany przepisów hipotetycznie spuchnie portfel. Hipotetycznie jako że przepisy - tu cytując za Gazetą Prawną Pana Ministra Dziekońskiego zmierzają w kierunku pobierania wyższych podatków w momencie zmiany statusu gruntu na budowlany: "Odrolnienie gruntów z mocy ustawy da gminom dodatkowe dochody. Gminy będą bowiem miały prawo do pobierania od gruntów przekształconych podatków od gruntów budowlanych, a nie rolnych, jak jest to obecnie.
- Podatek od gruntów budowlanych jest wyższy i w związku z tym dzięki odrolnieniu zwiększą się także dochody gmin - wyjaśnia Jerzy Tokajuk.
Zdaniem Olgierda Dziekońskiego takie rozwiązanie będzie sprzyjało przyspieszeniu procesu inwestycyjnego.
- Właściciel nieruchomości będzie musiał płacić wyższy podatek, a to powinno skłonić go do szybszej inwestycji lub sprzedaży gruntu - wyjaśnia wiceminister infrastruktury.
(..)"

Pytanie gdzie w tym wszystkim miejsce dla planowania przestrzennego rozumianego (nawet nie w kategoriach kształtowania abstrakcyjnego dla niektórych ładu) ale jako instrument racjonalnego wydawania publicznych pieniędzy - pamiętajmy że zainwestowanie to nie tylko dochody ale również koszty dla gminy (choćby wielokrotnie cytowana tu infrastruktura).
Dorzuciłabym do tego komentarz, że być może powinno to skłonić właścicieli gruntów rolnych do zastanowienia się czy są zainteresowani przekształceniem swojej własności na tereny budowlane. I płaceniem od nich wyższego podatku. Nie wszystkie miasta mają szansę przyciągać nowych mieszkańców. Samo przekształcenie gruntu na budowlany nie jest źródłem dochodu. Źródłem dochodu jest sprzedaż gruntu. A problem może polegać na tym, że przy nadpodaży gruntów nie będzie komu sprzedawać. A płacić wyższe podatki będzie trzeba. Zapewne takie zastanowienie się by nastąpiło i miałoby szansę stać się skutecznym hamulcem rozwoju absurdalnej urbanizacji ale niestety powyższy artykuł jest nieaktualny - pochodzi z 2008 roku. Odrolnienie gruntów w miastach nastąpiło. I póki co w znaczący sposób nie wpłynęło na proces inwestycyjny. Zapewne może wpłynąć w przyszłości jeśli dotychczasowa ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym miałaby zostać pozostawiona w dotychczasowym kształcie. Czyli pozostawiając znaczną dowolność stosowania decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu.

Szcześliwie rządowy projekt zmian ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym zakłada powiązanie ustaleń studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego z wydawanymi decyzjami administracyjnymi (o innym niż dotychczas nazewnictwie oraz zasadach i przygotowywanymi przez inwestora - ale nadal są to decyzje administracyjne) . Konkretnie z wyznaczonymi w studium strefami urbanizacji, przestrzeni chronionej oraz strefami tzw. kontynuacji zabudowy i rozwoju zabudowy. Nie wiem co prawda dlaczego w strefie kontynuacji zabudowy mają nie obowiązywać tzw. krajowe przepisy urbanistyczne, tudzież skąd bierze się znaczna swoboda kształtowania tamże zagospodarowania oraz nie trzeba uzbrajać terenów...  Nie wiem też czemu na wzór przepisów francuskich nie uprościć sprawy i nie podzielić terenu gminy na strefę zurbanizowaną i naturalną - co byłoby zdecydowanie bardziej klarowne i mniej dziwne a co za tym idzie nie stwarzałoby okazji do nadużyć. Jednak dzięki takim rozwiązaniom gminy zyskują instrument, dzięki któremu mogą kształtować własną politykę przestrzenną.

Powyższe zmiany - co ważne - znacznie podnoszą rangę studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy. Stąd dyskusja, która ostatnio toczy się np. w Łodzi na temat zmiany tegoż dokumentu nabiera nowego znaczenia. Ja sama osobiście jestem zdecydowanym zwolennikiem pozostawienia na obecnym etapie dokumentu dotychczasowego. Również z tego względu, że w znacznie większym stopniu uwzględnia wymogi proponowanych zmian ustawy niż projekt do którego można jeszcze składać uwagi. O zagadnieniach kształtowania racjonalnego rozwoju nie wspominając - bo już to wyjaśniałam, kilka razy.

Tagi: ekonomia, prawo, budownictwo, nieruchomości, planowanie, przestrzenne, urbanistyka


2010-02-26 11:38
 Oceń wpis
   

Trochę prowokacyjnie (a sprowokowało mnie do tego pytanie o przyszłość centrum Łodzi - bardzo ciekawe pytanie, które tu padło a propos wywiadu przedrukowanego tutaj: http://www.tup.org.pl/download/2010_0103_Wywiad-Markowski.pdf ) polecę Państwu przemówienie Roberta Neuwirth'a o "miastach w cieniu" zamieszczone w serwisie TED.

W oryginalnej wersji - dostępne są również polskie napisy: http://www.ted.com/talks/lang/eng/robert_neuwirth_on_our_shadow_cities.html

Próbując odpowiedzieć na postawione w komentarzu pytanie: "Chciałbym poznać Pani zdanie, ocenę na temat rozmowy z prof. Markowskim. http://www.tup.org.pl/download/2010_0103_Wywiad-Markowski.pdf
Przypuszczam, że czytała Pani tę rozmowę.
1. Chciałbym poznać Pani opinię na temat głównej tezy, czyli inwestowania wszystkiego w "city". Może kontekst Łodzi ma swoją specyfikę..
2. Czy taka opinia przeważa w środowisku urbanistów w Polsce?
(...) Jestem początkujący w tym temacie, ale generalnie czują, że jest to pochodna jakiegoś zasadniczego sporu między tych którzy uważają, że miasto musi się rozwijać maksymalnie dynamicznie tam gdzie może, a reszta się dostosuje, bez specjalnych regulacji, równoważeń etc.
Druga opcja to zrównoważony rozwój wszystkich elementów, co siłą rzeczy powoduje, że dzielnic te które przy większym zaangażowaniu środków wykazałyby większą dynamikę rozwoju, muszą zaczekać na te biedne dzielnice.
Burzy się w mnie krew jak czytam słowa profesora (może torche przeinaczone, nie wiem) sprowadzające miasto do centrum w którym żyją bogaci mieszkańcy i pracownicy City i turyści, którym czasami pokaże się wyznaczoną wcześniej trasę. Byłbym bardzo wdzięczny za próbę oceny, które z tych stanowisk ma więcej zwolenników wśród polskich urbanistów. Oczywiście, jeśli przedstawiony przeze mnie podział, jest rzeczywisty."

Zgadzam się z Panem Profesorem co do potrzeby inwestowania w centrum. Jest to obszar, który przez wiele lat pozostawiony sam sobie (zresztą Łódź od początku budowała się sama, często w sposób możliwie najtańszy) wymaga teraz podjęcia działań. I to nie tylko dlatego, że chcemy mieć piękne środmieście ale również ze względu na zagrożenie życia i zdrowia przechodniów w związku z odpadającymi - często na chodnik - elementami elewacji budynków. Nie tylko dlatego że chcielibyśmy zapobiec tworzeniu w centrum gigantycznych parkingów, ale również z tego powodu, że w głębi łódzkich kwartałów w najlepsze, obok licznych warsztatów samochodowych, rosną na równie licznych nieużytkach pokrzywy, a są takie rejony gdzie w pewnej odległości od ulicy hoduje się kury. Jednak nie podzialam poglądów Profesora co do wizji przedstawionej w cytowanym wywiadzie, burzy się we mnie krew na myśl o tworzeniu slumsów na przedmieściach poprzez wyprowadzanie z centrum ludzi, o których się pisze że są skazani na wykluczenie. W mojej ocenie na razie jeszcze nie są na nic skazani - natomiast jeśliby ich wyprowadzić na przedmieścia i stworzyć getta - rzeczywiście może to stać się źródłem problemów. Uważam że lekarstwem, stosowanym wszędzie tam, gdzie udało się przeprowadzić zakończoną sukcesem rewitalizację (np. w Bilbao, o którym tu pisałam) są narzędzia rewitalizacji społecznej - szeroko rozumianej, w niektórych przypadkach są one ważniejsze niż kwestie przebudowy fizycznej struktury miasta.

To wymaga zmiany podejścia do planowania i do ludzi. Dostrzeżenia w mieszkańcach (również tych najuboższych - wiem że jestem tu kontrowersyjna ale celowo przytoczyłam na wstępie przemówienie, które nota bene uznano za jedną z 10 najlepszych mów serwisu TED) potencjału, który może przekształcić miejsce. Zgadzam się z Panem Profesorem w ocenie potrzeby synergii pomiędzy tzw. Nowym Centrum Łodzi i otaczającą zabudową mieszkaniowo-usługową. Ale całkowicie nie zgadzam się z propozycją zmierzającą wprost ku gentryfikacji łódzkiego śródmieścia. Był kiedyś na ten temat artykuł w Gazecie Wyborczej, który (ze sporym uproszczeniem) wyjaśniał istotę tego problemu: http://www.mojemiasto.org.pl/zalozenia-projektu/szanuj-menela-swego-o-rewitalizacji/ (celowo przytaczam tu źródła popularne, osobom chcącym zgłębić te zagadnienia dokładniej proponowałabym np. serwis urbact.eu lub lekturę dokumentów KE).

Druga sprawa poruszona w pytaniu: Paradygmat rozwoju polegającego - w istocie rzeczy - na powiększaniu terytorialnym - jest pewną pozostałością okresu, kiedy miasta charakteryzowały się zwartością. To było dość dawno temu ale jednak wciąż funkcjonuje w świadomości. Funkcjonuje napędzane przez chęć zwiększenia wartości gruntów rolnych na przedmieściach oczywistą dla ich właścicieli. Która z kolei jest niekorzystna dla miasta a więc dla ogółu - bo trzeba nowe tereny np. uzbroić, co kosztuje (a pieniążki pochodzą z miejskiej kasy). Pewien rozłam w środowisku planistów, o którym Pan pisze wynika w istocie z mniejszej lub większej spolegliwości w stosunku do dość silnie artykułowanych interesów tej grupy interesariuszy. Trudno tutaj mówić o zwolennikach czy przeciwnikach tego poglądu. Taka sytuacja wynika w mojej ocenie z szerszego zjawiska - a mianowicie z nieobecności przez dłuższy okres czasu w Polsce grup interesu (w tej chwili się one formują w postaci m.in. coraz liczniejszych NGO) które byłyby zainteresowane ochroną dobra wspólnego poprzez wdrażanie zasad zrównoważonego rozwoju. Planowanie w praktyce spowadza się do zapisu oczekiwań społeczności. Lub tej jej części, która najgłośniej krzyczy. Cokolwiek byśmy pod tym terminem nie rozumieli. Dlatego ja bym tu niekoniecznie odnosiła się do postaw planistów - jesteśmy po prostu mniej lub bardziej realistyczni czy też jak kto woli spolegliwi wobec woli inwestora, którym jest samorząd. To jest troszkę inne podejście do zagadnień planowania niż prezentowane w postawionym pytaniu. W mojej ocenie wynika ono jednak z realnej oceny sytuacji.

Jest jeszcze jedno zagadnienie, które powinno zostać podjęte przy okazji formułowania strategii dla miasta. Czy chcemy stać się sypialnią dla Warszawy (co wcale w mojej ocenie nie jest takie znów głupie i jest całkiem realne w momencie budowy szybkiej kolei)? W takim razie również warto inwestować w śródmieściu dla podniesienia standardu życia w tym obszarze - poprzez tworzenie, niewielkich nawet, parków, budowę ścieżek rowerowych, etc. Wydaje mi się, że z czasem osoby które chciałyby mieszkać w Łodzi, przyciągnięte atrakcyjną lokalizacją (i niższymi kosztami życia niż w stolicy) mogłyby się zainteresować lokowaniem tutaj swojej działalności biznesowej. Bo po co jeździć, skoro jeździć nie trzeba. Tym bardziej że tak wielu światłych, młodych ludzi już z Łodzi do stolicy wyjechało.. I być może byliby zainteresowani powrotem - bo np. mając dzieci dobrze mieć Babcię na miejscu, tudzież w którymś momencie trzeba pomyśleć o opiece na starszymi rodzicami. Powyższa odpowiedź jest moim osobistym poglądem na wymieniony temat.

Tagi: kultura, społeczeństwo, planowanie, przestrzenne, urbanistyka, krajobraz


2010-02-21 22:05
 Oceń wpis
   

Chciałam pisać o łódzkim studium - bo już mi się troszkę układa w głowie bezsens prób zmiany dobrego, innowacyjnego dokumentu na inny - mniej innowacyjny - bez uwzględniania propozycji zmian przepisów o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, który narzuca dokumentowi studium rolę istotnego regulatora uprawnień inwestorów. Tymczasem lektura Wyborczej i wiadomość o tragedii..

"Przed skutkami "betonowania" Madery, zwężania koryt potoków i strumieni górskich celem uzyskania dodatkowego miejsca pod budowę domów od dawna ostrzegały miejscowe organizacje ekologiczne."

Współczujemy, pomagamy, składamy kondolencje. Tymczasem sami robimy wszystko aby jak najwięcej miejsca odebrać naturze. Identycznie jak na Maderze. Z opłakanymi skutkami dla nas samych - bo dążąc do zajmowania dla zysku wciąż nowych terenów, zasypując zbiorniki retencyjne, nie budując nowych, wymuszając na ile się tylko da odralnianie terenów niezależnie od ich lokalizacji zmierzamy dokładnie w tym samym kierunku. Przy okazji fundując sobie samym i naszym dzieciakom ciągłe choroby na skutek zaneczyszczeń związanych z rozwijającą się w coraz szybszym tempie motoryzacją.

POSTĘP?: "Dziś Madera, główna wyspa archipelagu (57 km długości na 22 km szerokości), zwana "wiecznym ogrodem", poprzecinana nowymi drogami szybkiego ruchu, wiaduktami i tunelami przypomina szwajcarski ser - pisze agencja AFP o skutkach "betonowania" wyspy.

Szef rządu regionalnego Madery Alberto Joao Jardim, pozostający od długiego czasu w konflikcie z władzami centralnymi w Lizbonie, broniąc się przed zarzutami ekologów, użył w niedzielę w rozmowie z dziennikarzami takiej metafory: "Kiedy przybyłem tu w 1978 roku, ludność Madery mieszkała w jaskiniach".

Podkreślił, że za jego administracji dzięki polityce wielkich przedsięwzięć budowlanych na wyspie, finansowanych w znacznej mierze przez Unię Europejską, Madera z jednego z najbiedniejszych regionów Portugalii stała się regionem o dochodach wyższych o 25 proc od średniej krajowej."

Pozostaje pytanie czy to rzeczywiście postęp czy po prostu bezmyślność. Czy rozwój mierzony nowymi estakadami, wiaduktami i tunelami tudzież kilometrami asfaltu to rzeczywiście rozwój czy może jednak głupota i zaściankowość? Działanie wbrew znanym od dawna prawom fizyki, która w oczywisty sposób mówi, że jeśli woda nie wsiąknie tu to znajdzie sobie ujście gdzie indziej. Odchodzą w niepamięć czasy, kiedy rozwój kraju mierzyło się współczynnikiem motoryzacji. I całe szczęście.

Nawet nie wspomnę o kryzysie paliwowym (bo przecież nie muszę się zamartwiać wszystkim) czy o zanieczyszczeniu powietrza w miastach na skutek rozwoju motoryzacji - bo skoro się z miasta wyprowadziło, choćby na przedmieścia, to trzeba do niego dojechać by móc skorzystać z jego dobrodziejstw.

Zaproszę za to do obejrzenia zwiastunu całkiem nieźle zrobionego filmu związanego z konsekwencjami bezmyślnych działań człowieka - bez zbędnych zachwytów rozwojem motoryzacji postrzeganej przez niektórych (w tym władze Madery) jako warunek powszechnej szczęśliwości.

 

Tagi: tragedia, motoryzacja, miasto, urbanistyka, transport, retencja, hydrologia


2010-02-18 22:59
 Oceń wpis
   

Tym razem krótka reklamówka ruchu. Doskonale przygotowana. Brakuje mi w tym uproszczeniu poszanowania lokalnych wartości, nawiązania do tradycji, poszukiwania nowych technologii i form w urbanistyce i całego mnóstwa ważnych rzeczy obecnych w tradycyjnie pojmowanym projektowaniu urbanistycznym. Ale i tak mi się podoba. Bo jest cool. I ponieważ uwielbiamy jako nacja ściągać i kopiować amerykańskie wzorce - a to przecież najnowsza amerykańska moda. Może byśmy trochę skopiowali? Niekoniecznie wiktoriańskie dworki bo mamy nasze własne tudzież dużo innych fajnych rzeczy, ale całą resztę. A Wam jak się podoba?

 

Tagi: kultura, społeczeństwo, planowanie, przestrzenne, urbanistyka, krajobraz


2010-02-13 23:20
 Oceń wpis
   

Mam nieodparte wrażenie, że jesteśmy świadkami przemian w urbanistyce. W niepamięc odchodzi epoka "miast ogrodów" a wkraczamy w okres "dogęszczania". Oczywiście troszkę rzecz trywializuję i upraszczam ale już się tłumaczę.
Idea Ebenezera Howarda (co ciekawe nie był bynajmniej urbanistą z wykształcenia a działaczem społecznym) zapisana w roku 1880 jako To-morrow: A Peaceful Path to Social Reform ukazała się w roku 1898. Ponownie wydana w roku 1902 pod zmienionym tytułem Garden Cities of To-morrow prezentowała schemat samowystarczalnego miasta ograniczonych rozmiarów, z dużą ilością zieleni, które miało odwrócić dotychczasowy trend migracji ludności ze wsi do miast i nadmiernego ich przegęszczenia (za Encyklopedia Brytannica). I rzeczywiście odwróciło. I to na długie, długie lata. Pierwsze realizacje idei Howarda, inspirowane projektami krajobrazowymi parków angielskich, które w owym czasie cieszyły się znaczną popularnością (jak Letchworth) nie zapowiadały jeszcze tego, do czego owo odwrócenie trendu miało w istocie doprowadzić.


Plan miasta ogrodu Letchworth za http://www.uky.edu/

Rozwinięcie idei w okresie modernizmu zaowocowało deformacją w postaci między innymi naszych rodzimych osiedli sypialni.


Źródło: http://dom.trojmiasto.pl/

Rozwinięcie idei w ujęciu amerykańskim to dla odmiany hektary peryferyjnych suburbiów. Jedne i drugie doprowadziły do dezurbanizacji dotychczasowych centrów. W obu przypadkach - znów rzecz upraszczając - zawiniła przesada możliwa dzięki industrializacji.


Źródło: http://agentsofurbanism.com/

Obecnie trend ulega odwróceniu. A tradycyjna urbanistyka aczkolwiek w nowym wydaniu nabiera znaczenia. Przykładów na to jest wiele. W Ameryce (i nie tylko) mówi się powszechnie o retrowersji - czyli dogęszczaniu poprzez wprowadzanie tradycyjnych struktur. Tak aby amorficzne (inaczej bezpostaciowe) nie wiadomo co uczynić na powrót miastem. W Europie, gdzie ciągłość planowania formy urbanistycznej i poszanowanie kontekstu jednak zostało zachowane (choćby w twórczości Jeana Nouvela i wielu innych ale również w nauczaniu na Wydziałach Architektury) częściej mówi się o rewitalizacji choć w praktyce rzecz sprowadza się często do tego samego.

Najbardziej spektakularną chyba wizją procesu polegającego na powrót na "dogęszczaniu" - czyli tak jak drzewiej bywało - są plany przebudowy Paryża. Zakładane na kolejną dekadę zaangażowały gigantyczne sumy pieniędzy. Nad finalną wersją pracuje zespół złożony z dziesięciu słynnych pracowni, które ze sobą w ramach tego projektu współpracują.

Tu zaś projekt wspomnianego powyżej Atelier Jean Nouvel - jednej z firm uczestniczącym w przedsięwzięciu. Oraz obszarny artykuł w Bryle na ten temat.

Nie wszystko mnie się (osobiście) w tych pomysłach podoba. Choć można przypuszczać, że idea w wydaniu francuskim odniesie znakomite rezultaty. Dopiero przeniesiona na grunty inne może znów zostać zdeformowana. Długo by o tym pisać i zapewne się tego w najbliższym czasie gdzieś podejmę.

Póki co korzystając z okazji zapraszam do lektury artykułu mojego własnego autorstwa, na temat łódzkiej Grupy Pewnych Osób, który ukazał się w najnowszym numerze Kultury Enter.

Tagi: ludzie, miasto, urbanistyka, przestrzeń


2010-02-10 22:42
 Oceń wpis
   

Kiedy przyglądam się w jaki sposób fani Depeche Mode przedzierają się dzisiaj przez śnieg i pokonują szerokie arterie komunikacyjne aby zobaczyć swoich ulubieńców nie umiem powstrzymać się od myślenia że coś zostało zaprzepaszczone.


Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź

Brakuje mi przeogromnie tego aby wielkie masy ludzkie zdążające na koncert oraz biorące udział w całej gamie innych wydarzeń mogły korzystać z łódzkich sklepów, lokali gastronomicznych i innych miejsc rozrywki i zabawy. Koncert na pewno będzie przepyszny, szczególnie dla osób, które przyjechały go oglądać z daleka. A co po? Szybciutko na pociąg i do domu?
Oczywiście trudno porównać kulturę masową do kultu ale.. Taka na przykład Częstochowa ..i całe mnóstwo innych miast radzi sobie z przyjmowaniem odwiedzających. Których tłum zasila lokalne kawiarnie, restauracje, puby, galerie, lokalny drobny i mniej drobny handel. Tylko że, aby tak się stało, trzeba zastanawiać się nad lokalizacją i tym co dokoła w odpowiednim momencie. Lokalizacja i sąsiedztwo ma znaczenie - z bardzo wielu powodów.

Niezależnie od wszystkiego WSZYSTKIM WIELBICIELOM DEPECHE MODE - ŻYCZĘ DOBREJ ZABAWY!

Tagi: urbanistyka


2010-02-08 22:16
 Oceń wpis
   

Coraz więcej przedsiębiorstw, klientów i szkół współcześnie "Stawia na Zielonych". Przyjmijmy że jest to najlepsze tłumaczenie zwrotu "Going Green", który stał się ostatnimi czasy szalenie popularny w USA. Na czym owa "zieloność" ma polegać? Ano na wykorzystywaniu w praktyce odnawialnych źródeł energii, ograniczeniu zużycia paliwa, budowaniu i funkcjonowaniu w energooszczędny sposób.
I tu dochodzimy do meritum. Otóż, np. do propagowania ruchu "Going Green" przyznają się panowie Robert Plarr i Michael Fulton, założyciele tzw. Angel's Nest - czyli Anielskiego Gniazda - jednostki badawczej w Nowym Meksyku. Jej celem jest sprawdzanie i popularyzacja najnowszych osiągnięć "zrównoważonego życia". Panowie są również współautorami książki "The secret of Sustainability".


Michael Fulton i jego Angels' Nest , źródło: http://www.angels-nest.org/

I co? Oglądając zdjęcia Anielskiego Gniazda mam pewien problem ze zrozumieniem na czym może polegać oszczędność energii jeśli przyjmiemy życie i funkcjonowanie na środku bezludzia. Gdzie sama lokalizacja zmusza nas do korzystania z samochodu jako z podstawowego środka transportu. Gdzie jesteśmy zmuszeni użytkować maksimum energii na ogrzanie budynku (nawet bardzo energooszczędnego). Ratuje nas chyba jedynie możliwość wykorzystania siły wiatru, który na takich pustkowiach dmie ze wzmożoną prędkością. O czym mieliśmy okazję się przekonać - szczególnie w Polsce centralnej - ubiegłego lata.

Mam wrażenie że coś tu jednak jest nie do końca tak jak być powinno. A szanowni Panowie Ekolodzy, z całym szacunkiem dla trendu "Going Green" powinni zdawać sobie sprawę że lokalizacja zabudowy ma kluczowe znaczenie dla oszczędności energii i ochrony środowiska. Więcej - jestem przekonana że ten moment nastąpi i nurty ekologiczne uznają potrzebę planowania urbanistycznego jako jedną z podstawowych metod działania. Bo Going Green rozumiane jako ochrona środowiska i zrównoważony rozwój - wcale nie oznacza życia na wsi rozumianej jako odległe, budowane bez ładu i składu przedmieścia. Ani też życia na bezludziu.

Obszerny wywiad z twórcami Anielskiego Gniazda w programie The Gregory Mantell Show - Going Green

Tagi: rozwój, ekologia, zieloni, urbanistyka, zrównoważony


2010-02-05 10:09
 Oceń wpis
   

Ulice mają szanse stać się miejscem atrakcyjnym za sprawą osób, które tymi ulicami chodzą. Kiedy mamy do czynienia z ruchem pieszym wzdłuż ulic może rozwijać się handel, usługi. Ludzie spotykają się ze sobą, obserwują się, czasem wchodzą we wzajemne interakcje. Dlatego ruch pieszy jest dla rozwoju miast ważny. Kiedy go nie ma nieobecna staje się miejska kultura i miasto traci atrybuty przestrzeni sprzyjającej innowacyjności. Powyższe stwierdzenia powoli stają się oczywistością (jak wiadomo lubuję się w truizmach, tak już mam - taki mój belferski przywilej).

O zaletach ruchu pieszego sporo się ostatnio mówi. Są na ten temat organizowane konferencje i sympozja. Np. poniżej:

Ruch pieszy, a więc - zbliżenie miejsca zamieszkania i miejsca pracy nauki. A więc redukcja kosztów paliwa. Zmniejszenie nakładów na infrastrukturę.

Jednocześnie potrzeba organizacji transportu zbiorowego - o tym tu było cokolwiek. I uczynienia go przyjaznym użytkownikom. Cytowałam tu jakiś czas temu Jaimiego Lernera - wieloletniego burmistrza Kurytyby oraz jego piosenkę..

Spoglądając na powyższą sprawę z odmiennego punktu widzenia - z punktu widzenia wielbiciela motoryzacji (skądinąd ciekawy blog, jako kierowca dowiedziałam się jak wyjechać z zaspy, przydatne) dowiadujemy się, że piesi popełniają wykroczenia. Tymczasem poniższy film doskonale ilustruje problem.

Nieco inny niż zdefiniowany ale problem. Otóż łamanie przepisów na ogół wynika z bezsensu stosowania tychże przepisów w danym miejscu. Planowanie powinno dopasowywać się do zachowań użytkowników przestrzeni. Jeśli gdzieś jest przejście piesze (bo wszyscy z niego korzystają) to tam powinny znaleźć się pasy tudzież sygnalizacja świetlna. Tak aby starsze osoby nie musiały pokonywać dodatkowo kilometrów po nieodśnieżonym chodniku bez potrzeby. Jeśli łódzka ulica Piotrkowska jest traktowana jako należąca do pieszych - to powinna do nich należeć, a ruch samochodowy należy tam ograniczyć.

Nie wspominając o celowości budowy czteropasmowych ulic, po których nikt nie jeździ oraz lokalizowania tramwaju pośrodku tak aby korzystającym z masowej komunikacji było trudniej. Parafrazując: 'Szanowni Państwo! Naprawdę zastanówmy się póki nie jest za późno'.

Tagi: motoryzacja, miasto, urbanistyka, transport, piesi


2010-02-02 00:34
 Oceń wpis
   

Goethe zachwycał się Via del Corso w wieku osiemnastym. W ocenie poety ulica zasługiwała na szacunek i uwagę do tego stopnia, że zmierzył ją krokami - liczyła 3500 kroków, nieco ponad 1625 metrów. Opisywał życie ulicy, najbardziej ożywione w niedziele, kiedy bogaci Rzymianie przechadzali się Corso w swoich powozach, etykietę znajdującą zastosowanie w jej wąskiej przestrzeni i ruch tłumu: widzów, koni, uczestników festiwalu podczas karnawałowego szaleństwa. Ożywionego tłumu w bardzo wąskiej przestrzeni najdłuższej prostej ulicy Rzymu. (Opis zaczerpnęłam z ksiązki Great Streets Allana B. Jacobs'a).


Via del Corso, źródło Google StreetView

Obecnie Via del Corso utraciła nieco z dawnej renomy, choć nadal jest to najsłynniejsza handlowa ulica Rzymu. Mieszcząca butiki znanych firm. I choć współczesne opisy nie są już tak entuzjastyczne nadal Via del Corso wraz z innymi zlokalizowanymi w pobliżu obiektami i miejscami współtworzy system charakterystycznych miejskich przestrzeni. Definiujących miasto, odpowiedzialnych za orientację i ...piękno.

Proste, długie ulice mają w miejskiej strukturze niejednokrotnie do odegrania ważną rolę. Zbliżoną do tej jaką odegrała opisana powyżej ulica. Są ważnym elementem orientacji. I mogą stać się centrum miejskiego życia.

Tagi: ludzie, miasto, urbanistyka, architektura, przestrzeń



O mnie
 
Dr inż arch. Małgorzata HANZL adiunkt w Zakładzie Projektowania Urbanistycznego Instytutu Architektury i Urbanistyki Politechniki Łódzkiej


Ankieta
 
Czy uważasz że ograniczanie indywidualnych gustów inwestorów w imię zachowania ładu przestrzennego jest potrzebne?
Tak i temu służy planowanie miejscowe
Nie, za to odpowiadają architekci. Oni to robią najlepiej i nie potrzebują dodatkowych przepisów regulujących ich twórczość
Uważam że oryginalność jest nadrzędną wartością nad zachowaniem ogólnego ładu
Nie wiem o czym mowa
 


Kategorie Bloga






Najnowsze komentarze
 
2016-06-03 10:46
Szara Ala do wpisu:
Legalizacja samowoli budowlanych w orzeczeniu TK
ten wyrok uratował nam życie ;) niestety w naszej gminie nie znali takich "nowych praw" ( ;))[...]
 
2016-03-04 10:44
walery do wpisu:
Wielkomiejski snob podmiejski
Gośka, skad tyle jadu i sarkazmu w tym tekście ? Zgadzam się , ze MPZP powinny szczegółowo[...]
 
2015-09-02 08:41
mojemiasto.org.pl do wpisu:
Niedorzeczność
Ja sama zrezygnowałam z auta na rzecz roweru kilka lat wstecz. Łódź nie jest najgorszym[...]
 
2015-09-02 01:21
E. do wpisu:
Niedorzeczność
Właśnie wróciliśmy z Trójmiasta... gdzie wybraliśmy się pociągiem z rowerami. Nieporównywalnie![...]
 
2015-05-29 15:58
majka.skowron do wpisu:
O katastrofie - sagi odcinek pierwszy
Zgadzam się 98% tego wpisu. 2% to przestarzały tabor autobusowy, którego w Łodzi nie mamy.