2011-01-16 23:49
 Oceń wpis
   

Okazuje się że pisanie rzeczy oczywistych i następnie ich sprzedaż za duże pieniądze bywa ryzykowne. O czym zapewne przekonują się właśnie autorzy prezentowanej niedawno strategii marki dla Łodzi. Strategii, która proponuje oparcie dalszego rozwoju tego miasta o "przemysły kreatywne". Idea ta ze wszech miar słuszna nie wydaje się jednakże nazbyt odkrywcza. Większość współczesnych miast, szczególnie poprzemysłowych, stara się stawiać na rozwój "przemysłów kreatywnych", jako na motor rozwoju. Od czasu książek Landry'ego i Floridy stało się to wręcz obowiązującym trendem. Jednocześnie nie będąc specjalistą od wizerunku wydaje mi się że zakres marki nalezałoby w tym konkretnym przypadku zawęzić, np. do miana miasta kultury alternatywnej co zresztą równiez wyłania się z przeprowadzonej analizy SWOT. I o czym rowniez wielokrotnie tu się mówiło. Sam fakt promowania Łodzi jako kandydata do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury jak również faktycznie podejmowane w tym celu działania wskazywał na rodzaj ruchów jakie należy przedsięwziąć aby przekształcić niegdysiejszy ośrodek przemysłu odzieżowego w miasto kultury. Zbliżony obraz miasta kultury alternatywnej (cokolwiek by pod tym mianem nie rozumieć) wyłaniał się z rozstrzygnięć społecznego plebiscytu Punkt dla Łodzi, w którego jury miałam przyjemność już dwukrotnie zasiadać. Na to wskazywał np. wyróżniony Punktem dla Łodzi Przewodnik Fu:turystyczny autorstwa Marty Skłodowskiej.

Tak swoją drogą ten niezwykle frapujący dokument zaskakuje (i to nie tylko polszczyzną). Już w części wstępnej znalazłam taką oto definicję jednego z podstawowych celów strategii, odnoszących się do tego co z mojego punktu widzenia ważne, a mianowicie jakości życia mieszkańców. I tak cytując: "Jak osiągnąć percepcję, że w Łodzi następuje wzrost jakości życia mieszkańców? Odbiorcy marki Łódź będą mieli percepcję wzrostu jakości życia w mieście, jeśli pośrednio zbudujemy wizerunek miasta atrakcyjnego pod względem kulturalnym, gospodarczym, turystycznym i edukacyjnym, gdyż te subprodukty (o tym dlaczego te subprodukty w dalszej części dokumentu „Analiza SWOT”) miejskie w najwyższym stopniu pozwolą osiągnąć pożądaną percepcję jakości życia i zbudować mocną, unikalną markę." Można by wnioskować, że aby poprawić percepcję jakości życia nie ma absolutnie potrzeby poprawy jakości życia. Wystarczy jedynie wpłynąć na percepcję tejże jakości. W dalszej części dokumentu autorzy również odnoszą się wyłącznie do wizerunku - stąd pewien niedosyt.

Oczywiście nie śmiem tu nikogo przekonywać jakoby zmiana wizerunku  była czymś negatywnym - bo nie jest i jest potrzebna. Niemniej jednak w odniesieniu do miasta takiego jak Łódź nasuwa się, mnie przynajmniej, co najmniej pytanie następujące:  Czy w centrum przemysłów kreatywnych na ulicy spotyka się kreatora, pijaka czy może nie spotyka się nikogo jedynie samochód? Czy powinno nas ucieszyć jeśli szukając inspiracji i przechadzając się w tym celu po ulicy spadnie nam tuż przed nosem na chodnik kawałek gzymsu z nieremontowanej od lat kamienicy. Jak to się wszystko ma do ciemnych po zmierzchu okien czynszówek w śródmieściu? Co jeśli zaczepi nas żebrzący jegomość albo potkniemy się o nieprzytomnego, pijanego staruszka. Albo trafimy na taką jak tu (kiedyś opisywałam) scenkę - których w Łodzi dostatek?

Lektura Charlesa Landry, którego już tu zresztą kilka razy cytowałam wskazuje na rolę urody miast dla rozwoju przemysłów kreatywnych. Nie da się poprawić urody przeznaczając środki finansowe na budowę kolejnych tras komunikacyjnych - zamiast na rewitalizację. Nie poprawiając dostępności centrum transportem zbiorowym. Nie realizując programu rewitalizacji społecznej. Nie poprawiając bezpieczeństwa. Nie zmieniając faktycznej jakości życia mieszkańców. Żaden z wymienionych w strategii przedstawicieli grup docelowych kreowanej marki nie zechce zamieszkać w mieście tak jak Łódź zanieczyszczonym spalinami. Z taką jak obecnie jakością asfaltu na ulicach. I tak brudnym.

W tym konkretnym przypadku - sama marka nie pomoże dla zbudowania przewagi konkurencyjnej. Potrzebna jest zmiana rzeczywistości. Miasto to jednak coś więcej niż tylko znak towarowy, jak sugerowała pesymistycznie Françoise Choay. Szczególnie jeśli sie traktuje mieszkańców poważnie. I chce się nie tylko zwabić - ale również zatrzymać.

Z drugiej strony - nie chcąc poprzestawać wyłącznie na krytyce - bo nie taka jest moja tu intencja - można rzeczywiście pójść tym tropem. Bo jest on bardzo mocno osadzony w realiach. Trzeba w tym celu podporządkować strategii marki inne obszary działań w mieście. Nie ograniczając się do zmiany wizerunku - ale rzeczywiście podejmując wyzwanie zmiany rzeczywistości.

Tagi: komunikacja, kultura, społeczeństwo, nieruchomości, miasto, transport


2011-01-05 22:54
 Oceń wpis
   

Reakcja Kolegów z TUP na artykuł, który komentowałam ostatnio spotkała się ze zrozumieniem autora Pana Redaktora Marka Wielgo. Wszystkich nas boli brak mieszkań. Szczególnie w dużych aglomeracjach, w tym zwłaszcza w Warszawie i okolicach ten problem jest istotny. Zajmując się tym od lat i jednocześnie od podszewki poznawszy stanowisko samorządów w tej sprawie zdecydowanie będę tu bronić ich interesów. Jak pokazuje przykład niektórych gmin podwarszawskich te z nich, które w zbyt dużym stopniu, również przy pomocy planów miejscowych, przeznaczyły olbrzymie tereny pod budownictwo mieszkaniowe w tej chwili mają problemy z pokryciem kosztów niezbędnej infrastruktury. Instrumenty służące egzekwowaniu należności przez osoby prywatne okazują się skuteczne, w przeciwieństwie do instrumentów służących ściąganiu należności przez gminy.

Zdecydowanie jednocześnie zgadzam się z poglądem wyartykułowanym w komentarzu do naszego listu przez Pana Redaktora Wielgo - pomocny w wywołaniu ruchu na rynku nieruchomości może okazać się jedynie podatek katastralny. Oczywiście w powiązaniu z przeznaczeniem terenów w planach miejscowych. Których póki co w większości gmin nie ma. Moim zdaniem (i nie tylko moim) jest to jedyna możliwość racjonalnego rozwiązania problemu. Wprowadzeniu tegoż podatku powinna towarzyszyć istotna zmiana przepisów ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, w tym likwidacja całkowicie niewydolnego instrumentu, jakim są decyzje o warunkach zabudowy. 

Komentarze na temat katastru w Polsce (bo czytam je od wielu lat) na ogół wskazują na nierealność wprowadzenia takich przepisów ze względu na silne lobby, które się takim ruchom sprzeciwia. Jak wobec tego stworzyć lobby przeciwne? Ponoć civic society to społeczeństwo, które jest w stanie dać odpór działaniom władzy która mogłaby mu przynieść szkodę (za Buchowski 2005).

Pisząc nie tak dawno artykuł do Przeglądu Urbanistycznego o partycypacji we Francji analizowałam rozwój i przemiany przepisów w tym zakresie. Czy wiecie dlaczego one zostały zmienione? (niedawno bo w 2000 roku). Ponieważ miały miejsce protesty społeczne żądające m.in. zwiększenia udziału społeczeństwa w działaniach planistycznych. Iskrą były plany budowy TGV na południu kraju. Jako studentka i wielokrotny uczestnik obozów wakacyjnych organizowanych tamże, miałam okazję być naocznym świadkiem tamtych wydarzeń. Te zagadnienia były tematem rozmów w rodzinie, tematem z pierwszych stron gazet, tematem o którym się dyskutowało u przysłowiowej cioci na imieninach. U nas reforma wadliwego systemu planowania nie zaistnieje dopóki nie będzie się o nim mówiło równie dużo. Czego sobie i Państwu życzę - jeśli chcecie aby zamiast spekulować na rynku nieruchomości deweloperzy zajęli się budową mieszkań.

Tagi: prawo, nieruchomości, legislacja, miasto, planowanie, urbanistyka, bubel


2010-12-29 13:06
 Oceń wpis
   

Winą za brak mieszkań obarczyć należy wadliwy system prawny. W tym to, że można trzymać dobrze uzbrojony grunt w centrum miasta latami licząc na zyski kiedyś (zły sposób naliczania podatku od nieruchomości). Co prowadzi do kosztów jakie muszą ponieść samorządy żeby uzbrajać nowe tereny i budować nowe drogi. Przy okazji też do dewastacji krajobrazu ale o tym przy innej okazji. 

Kolejna przyczyna to brak możliwości skutecznego egzekwowania dochodów z planowania przez gminy - co w efekcie prowadzi do braku planów (tak to nie tylko zła wola i lenistwo samorządów, bardzo często jest to racjonalność, pisałam tu kiedyś o gorącym kartoflu którym się wszyscy przerzucają). I potem trzeba dla wybudowania czegokolwiek miesiącami (jeśli nie latami) czekać na decyzję o warunkach zabudowy.

Kolejny powód to brak przepisów o rewitalizacji analogicznych do np. belgijskich z rejonu Brukseli. Które to przepisy między innymi definiowałyby zasady partnerstwa publiczno-prywatnego, które jak wiadomo bez zasad służą wyciąganiu kasy z publicznego portfela. A tam (gdzie indziej) gdzie są zasady - jest tak jak być powinno.. Czyli np. deweloperzy budują mieszkania w tym również na użytek komunalny. I są w tym zakresie tak czy inaczej wspierani przez samorządy (pisałam o tym kiedyś). Gdyby istniały zasady na jakich partnerzy prywatni w tym mieszkańcy mogą uczestniczyć w remontach (i co z tego mają) zapewne rewitalizacja miałaby szanse wyglądać nieco inaczej. Jeśliby jednocześnie za trzymanie pustych działek w centrum płaciłoby się tyle co za 4 piętrową kamienicę to właściciele byliby zainteresowani dochodem z tej kamienicy (w tym jej remontem czy wybudowaniem). A w tej chwili są zainteresowani jej wyburzeniem. 

Czyli można stwierdzić, że społeczeństwo ma rację adresując pretensje. Wszak inicjatywa ustawodawcza leży po stronie ..no właśnie, kto powinien te wszystkie przepisy opracować?

Wszystkich sympatyków tego bloga oraz osoby zainteresowane tematem zapraszam do dołączenia do nowo utowrzonej grupy w serwisie społecznościowym FaceBook - MojeMiasto.org.pl

Tagi: prawo, nieruchomości, legislacja, miasto, planowanie, urbanistyka, bubel


2010-12-20 19:39
 Oceń wpis
   

Szanowni łodzianie,

Tuż przed Świętami zalecamy obowiązkową lekturę. Otóż po raz pierwszy w historii zapewne Polski, a kto wie czy nie szerszej części świata mamy jedyną (i nie wiadomo czy powtarzalną) okazję konsultować budżet naszego miasta. I to nie tylko jak to bywa w instrumencie zwanym budżet partycypacyjny ( o którym tu była mowa), gdzie mieszkańcy współdecydują o kształcie części (na ogół do 20-30% środków) ale całość pieniędzy jaka ma zostać w kolejnym roku przeznaczona na różne cele. Bardzo to interesujące, szczególnie że uwagi można zgłaszać mailowo, bez wychodzenia z domu. Można również dyskutować na forum. Ciekawa jestem co z tego wyniknie. No i nie ukrywam że troszkę mnie zaskakuje aż taka otwartość bo nie wiem czy to nie niechcący i nie przez przypadek.

Jest o czym dyskutować i trzeba się spieszyć bo termin krótki, upływa 23 XII tego roku. Wśród szczególnie interesujących pozycji są propozycje transportowe ZDiT w tym między innymi co dla mnie jest bardzo ciekawe - pomysł poprowadzenia ulicy łączącej Wojska Polskiego i Kilińskiego (str.313 dokumentu, pozycja "Budowa ul. Targowej na odc. od ul. Wojska Polskiego do włączenia w ul.Kilińskiego", z niebagatelną kwotą 3mln PLN na ten cel przeznaczoną. Jak można się domyślać z wcześniejszych pomysłów zapisanych w dokumentach planistycznych rzeczona ulica będzie przebiegać przez niedawno wyremontowane budynki AHE, przez działkę przedszkola przy Jaracza, oraz (chyba się nie mylę) przez teren gdzie wydano decyzję co najmniej o warunkach zabudowy (jeśli nie o pozwoleniu na budowę - sądząć ze stanu inwestycji) na zabudowę mieszkaniową przy Rewolucji oraz przez Park Helenów. Pomyłka? W budżecie? (A może się mylę? - tak dość przeciez enigmatycznie jest to zapisane.) Są też inne pomysły inwestycji drogowych, tudzież w ogóle inne pomysły. Ważne i ciekawe...

Tagi: społeczeństwo, nieruchomości, miasto, partycypacja, społeczna, mieszkańcy


2010-11-18 21:38
 Oceń wpis
   

Przyglądam się artykułowi w niedawnej GW o "willi" wzniesionej na górskim szlaku i ogrodzonej szpetnym płotem i jak zwykle przecieram oczy ze zdumienia. Kolejny przypadek dowodzący jak bardzo prawo w tym zakresie jest łagodnie rzecz ujmując - dziwne - bo na takie rzeczy pozwala. Mało tego - urzędnik próbujący odmówić komuś wydania decyzji musi każdorazowo liczyć się z nieskutecznością takiego działania. Bo prawie wszystkie decyzje odmowne ograniczające prawo swobodnego dysponowania własnością prywatną bywają uchylane przez Samorządowe Kolegia Odwoławcze. Te zaś na ogół nie probują rozpatrywać spraw merytorycznie, a jedynie z punktu widzenia formalno-prawnego.


Zdjęcie pochodzi z artykułu Ewy Furtak "Na górskim szlaku stanęła willa. Wybudują kolejne?" z GW z 17.11.2010

Decyzje o warunkach zabudowy to wadliwy instrument dysponowania wspólnym dobrem, jakim jest przestrzeń (to jest truizm wymagający niestety nadal wyjaśnienia). Tak jest to wspólne dobro - ponieważ używanie przestrzeni nie ogranicza się wyłącznie do praw właściciela. Sposób użytkowania terenu wpływa również istotnie na warunki funkcjonowania sąsiadów (i to nie tylko tych, którzy z mocy prawa są w ramach procedury administracyjnej stronami postępowania, ale również innych - np. tych po przeciwnej stronie ulicy, a na ogół również dalej) oraz na jakość życia - zarówno w centrach miast jak i na ich obrzeżach.  Wpływa również na sposób wydatkowania publicznych pieniędzy (poprzez koszty budowy infrastruktury), na jakość środowiska (a przecież oddziaływania środowiskowego wielu nakładających się decyzji nie da się ocenić), może - jak w tym przypadku - zniszczyć krajobraz, niwelując tym samym walory turystyczne obszaru. Wiele się o tym mówi, ale nikt nie próbuje tego tematu podjąć. Tymczasem prawo powinno być proste: budować wolno tam gdzie jest plan miejscowy (lub inny dokument) definiujący zasady. (Np. We Francji - obok planów urbanistycznych - takim narzędziem jest dla obszarów wiejskich i dla niewielkich miejscowości tzw. carte communale, który ogranicza się do określenia stref zurbanizowanej i naturalnej. Poza tym obowiązują zasady ogólnej reglamentacji urbanistycznej. Dość rygorystyczne.)

O tym, co będą miały do zrobienia samorządy, aby spełnić wymogi Dyrektywy INSPIRE w zakresie publikowania informacji Aneksu IV (czyli m.in. pkt 4 zagospodarowanie przestrzenne) w wyznaczonym ustawą terminie do 01-2015 nawet nie próbuję myśleć. Do tego czasu zgodnie z zapisami przyjętymi przez Sejm RP "zbiory danych przestrzennych Aneksu II i III" winny zostać "zgromadzone i przystosowane do wymogów Dyrektywy" (a u nas to są przecież głównie d.o w.z.) Proszę poczytać: http://www.akademiainspire.pl/dyrektywa-inspire - to ważne. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić tych ton papieru (tak na ogół papieru i to mocno zakurzonego) zeskanowanych i udostępnionych ogółowi społeczeństwa za pośrednictwem sieci internet. Ciekawe kto to będzie robił i za co. Oraz dlaczego nie? Przeciez na tym u nas polega dysponowanie przestrzenią (nie da się tu użyć słowa planowanie).

Na kanwie tej dyskusji pojawiają się też głosy o tym, że abolicja tzw. "starych planów" była niepotrzebna.  Wyjaśniałam kiedyś dlaczego ich utrzymanie nie było możliwe. To wynikało z istoty planowania w tamtym okresie i było bezpośrednim skutkiem nieliczenia się z prywatną własnością w ogóle. W myśl nowych przepisów jednak szala równowagi wychylona została w stronę przeciwną umniejszając tym samym znaczenie interesu publicznego. I to niestety równiez nie jest najwłaściwsze rozwiązanie.

Tagi: prawo, nieruchomości, legislacja, budowlane, nonsens, krajobraz


2010-09-24 14:58
 Oceń wpis
   

Czytając o rozmaitych pomysłach, które co chwila przewijają się na łamach mediów, dotyczących zasilenia finansów publicznych kosztem rozmaitych wydatków i rozmaitych podmiotów wciąż nie mogę zrozumieć jak to jest możliwe, że w tak doskonały sposób marnotrawimy publiczne pieniądze, które mogłyby do państwowej/ samorządowej kasy trafić z opłaty katastralnej. Gdyby tylko naliczać podatki od przeznaczenia terenu związanego z jego położeniem - w obszarze zurbanizowanym lub naturalnym, a nie jak to się dzieje obecnie biorąc pod uwagę jego faktyczne wykorzystanie. Jak zbawienne efekty dla zagospodarowania miast oraz porządku miałoby ponoszenie przez właścicieli łąk i nieużytków w centrach miast opłat jak za kilkupiętrowe budynki. Jak bardzo właściciele gruntów ornych zaczęliby bronić ich rolniczej użyteczności - tego nie muszę udowadniać. Jednocześnie jak wiele pieniędzy mogłoby zasilić finanse publiczne i samorządowe - to jest argument nie do przecenienia. 
Zawsze przy okazji takich wątpliwości słyszałam argument, że brakuje systemu pobierania opłat. Zgodnie z przepisami unijnymi (przypominam INSPIRE) już powinien istnieć, a co najmniej prawie powinien być ukończony (księgi wieczyste też już od iluś lat są przeciez modernizowane..). Że brakuje planów miejscowych? O tym wiem, ale gdyby była taka potrzeba (fiskalne potrzeby jak wiadomo są nad wyraz skuteczne) to zapewne i plany miejscowe by się szybko pojawiły. Może ktoś mógłby ten paradoks wyjaśnić bo ja tego naprawdę nie rozumiem.

Tagi: prawo, nieruchomości, legislacja, miasto, planowanie, urbanistyka, budowlane, bubel


2010-09-16 08:43
 Oceń wpis
   

Czytanie o łódzkich perypetiach ze studium jest dla mnie źródłem nieustającej rozrywki. Jedynie od czasu do czasu nieco mnie to irytuje.

Dwie sprawy, które pojawiły się w dniu wczorajszym, kiedy to radni rozpoczęli rozpatrywanie 600 nieuwzględnionych uwag do studium.
Pierwsza dotyczy zapisu studium "nakazującego zalesienia". Domyślam się, że redaktor tekstu mylnie zinterpretował zapis. Otóż studium i plany miejscowe mogą jedynie zawierać zapis dotyczący planowanego przeznaczenia terenu (dla sprecyzowania - studium określa kierunki zmian, a plan ustala je w sposób szczegółowy i ostatecznie wiązący). Nie można nikomu nakazać sadzenia drzew. Zapis o tym, że jakiś teren ma być w przyszłości lasem oznacza tylko i jedynie albo aż że może tam być to co jest obecnie (chyba że dokument stanowiłby inaczej - tzn. ustalałby inne tymczasowe zagospodarowanie) albo las. Na ogół zapisy o przeznaczeniu na las dotyczą dotychczasowych terenów rolnych - które mogą w związku z tym być rolą lub lasem.

Druga historia (bo trudno to inaczej nazwać) to żądania mieszkańców rejonu ulicy Okólnej. Jest to typowy rozogniony i wieloletni konflikt wymagający podjęcia niezależnego od reszty zagadnień dialogu, w ramach którego bardzo pomocne byłyby symulacje wpływu żądanej przez tamtejszych właścicieli nieruchomości urbanizacji na środowisko, w tym przede wszystkim na Las Łagiewnicki. Las, który nie jest własnością mieszkańców rejonu Okólnej ale dobrem z którego korzystają wszyscy łodzianie. Przede wszystkim dostarczając zasobów tlenu. Ale również możliwości rekreacji. Strategia dla Łodzi swego czasu wskazywała Las Łagiewnicki jako jedną z bardzo mocnych stron miasta. Taka dyskusja powinna zgromadzić obie strony, które w oparciu o rzetelne informacje miałyby szanse wspólnie uzyskac jakieś rozwiązanie. Na pewno niezbędny to będzie mediator z odpowiednimi kwalifikacjami - to się w Polsce już dzieje, np. mediatora zatrudnia gdańskie Biuro Planowania. Bardzo ważne dla opinii publicznej jest rzetelne przeanalizowanie oddziaływania środowiskowego. Wymyślono w tym celu specjalne programy , np. CommunityViz - przykład takiej symulacji poniżej.


Dla obejrzenia prezentacji należy kliknąć na obrazek powyżej. Źródło:
http://placeways.com/communityviz/

Tylko proszę nie wypisywać, że twierdzę, ze program komputerowy coś rozwiąze - samo się nie rozwiąze nic. Tu jest potrzebnych kilka elementów, tak ad hoc: 1. wola dialogu, 2. edukacja i zaangażowanie łodzian, 3. wola zorganizowania mediacji i jej zorganizowanie. Symulacje i fajerwerki są rzeczą towarzyszącą, równie dobra jest uczciwa opinia przyrodnika (która nota bene powinna być zawarta w prognozie oddziaływania na środowisko - podejmując decyzje nalezałoby do niej zajrzeć). Obrazki mają jedynie tę przewagę, ze przez swoją spektakularność ułatwiają przekonanie publiczności. Polecam w tej materii szanownym czytelnikom doskonałą wypowiedź Davida McCandless'a na temat piękna wizualizacji.

Podejrzewam że ciąg dalszy nastąpi...

Tagi: prawo, społeczeństwo, nieruchomości, miasto, Łódź, urbanistyka, studium


2010-07-28 06:55
 Oceń wpis
   

Zakres przyczyn, dla których wyjeżdżamy na wakacje jest równie szeroki jak to, jak bardzo się od siebie nawzajem różnimy. Niektórzy wyjeżdżają z ciekawości, po to aby poznać nowe miejsca i dlatego aby moć zobaczyć coś co piękne. Dla innych wyjazdy to okazja, żeby odpocząć od nadmiaru bodzców, zaszyć się gdzieś i wreszcie wyspać czy poczytać albo w spokoju pobyć z rodziną. Jeszcze inni wyjeżdżają, żeby pooddychać świeżym powietrzem, żeby dzieci mniej chorowały, żeby miały się z kim bawić w bezpiecznym miejscu, czy żeby poprzyglądać się z bliska jak wygląda przyroda. Niektórzy chcą mieć okazję do uprawiania sportu, do wysiłku fizycznego albo do przeżycia przygody życia. Są też tacy, dla których powodem wyjazdów jest chęć poznania nowych ludzi, wycieczki kulinarne albo nie kulinarne, wreszcie chęć pobycia ze znajomymi, nie sposób wyczerpać katalogu przypadków i powodów, dla których chce się nam pakować i ruszać gdzieś, gdzie z założenia będzie fajniej i milej.
Kiedy się tak przyglądać tym przyczynom część z nich wskazuje wprost czego nam brakuje w codziennej egzystencji i czego szukamy aby poprawić warunki życia, w których przyszło nam na co dzień funkcjonować.

Z niektórych można wnioskować, jakich zmian należałoby szukać w miejskim środowisku życia dla podniesienia jego jakości. Niektórzy z nas, zakosztowawszy wakacyjnego trybu życia próbują tak funkcjonować na stałe - jeśli tylko środki finansowe pozwalają. Narażając się tym samym na problemy z dojazdami, a miasta na niepotrzebny rozrost z którym same przecież problemy. Inni szukają własnej letniej siedziby - nie tylko w Rosji letnie domy to dość popularne zjawisko.

Spróbujmy wymienić, najlepiej od razu z remedium na poprawę, choć może wymyślanie remediów pozostawię Wam szanowni czytelnicy - podam tylko przykładowe rozwiązania (wszak to blog o partycypacji społecznej w planowaniu):
- zanieczyszczone powietrze - np. zwiększenie ilości zieleni w mieście, redukcja transportu indywidualnego,

- brak możliwości ruchu, miejsca do uprawiania sportu - ścieżki rowerowe, boiska, tereny zieleni i rekreacji,

- brak kontaktu z przyrodą - tereny zieleni: skwery, parki i zieleńce oraz zieleń przyuliczna, własne "uprawy" różnej skali i maści od wspólnie sadzonych kwiatów poczynając,

- brak kontaktów społecznych - zmiana sposobu funkcjonowania miejskich przestrzeni, zmniejszenie intensywności ruchu kołowego (i parkowania) na rzecz podkreślania społecznej fukcji ulic i placów (co można osiągnąć przez ich urządzenie),

- zaspokojenie potrzeby wyjazdów w poszukiwaniu pieknych miejsc - sami sobie dopowiedzcie, wiem że tej potrzeby nie da się zaspokoić albo można ale tylko w ograniczonym zakresie, tak aby chciało się wracać.

Można by tak sobie wymieniać w nieskończoność. Niby wiemy, takie to wszystko oczywiste. Tyle że już nie ma normatywów które za nas wymuszą zaspokojenie tych wszystkich potrzeb. Zresztą w czasach normatywów też potrzeby bywały zaspokajane wyłącznie na papierze. A tymczasem: pozdrowienia z wakacji w lesie nad jeziorem.

Tagi: kultura, społeczeństwo, nieruchomości, miasto


2010-02-27 13:02
 Oceń wpis
   

Przeglądałam ostatnio Rzeczpospolitą (dawno już tego nie robiłam bo zamieszczane tam komentarze działają mi swoim pro-deweloperskim podejściem na nerwy - przykład tutaj). Lektura zaskoczyła mnie nadzwyczaj pozytywnie, jako że dostrzegam pierwiosnki innego troszkę niż dotychczas myślenia.

Zwróćcie uwagę na poradę eksperta w zakresie prawa:
"Czytelnik pyta - ekspert odpowiada:
Pan T. kupił siedlisko z myślą o budowie domu, a gmina nie chce wydać pozwolenia na budowę, tłumacząc, że do średniej powierzchni działki siedliskowej brakuje mu 200 mkw. Co może zrobić?
Radzi Małgorzata Zamorska, kancelaria bnt Neupert, Zamorska & Partnerzy
– Najprościej doradzić zakup dodatkowych 200 mkw., co w praktyce może jednak być niewykonalne. Generalnie radziłabym każdemu gruntowne przemyślenie zakupu działki rolnej w tzw. szczerym polu. Taka inwestycja wydaje się korzystna ze względu na niską cenę gruntu. Często jednak po przejściu toru przeszkód i wybudowaniu wymarzonego domu okazuje się, że koszty i czas dojazdów do pracy, organizacja dowozu dzieci do szkoły, ograniczenia w możliwości korzystania z uciech miejskich nie rekompensują sielskiego widoku na łany zboża.Jeżeli zatem ktoś nie planuje rzeczywistego włączenia się w życie wsi, to lepiej poszukać działki bliżej cywilizacji, choćby znacznie mniejszej. Takie działki i zbudowane na nich domy znacznie łatwiej znajdują nabywców i mają stabilną cenę."

Powoli uczymy się rozróżniać interes końcowego nabywcy nieruchomości, który będzie zmuszony męczyć się z brakiem skutecznego dojazdu, a niekiedy również efektywnej infrastruktury (o czym pisze również Rzeczpospolita w innym artykule na podobny temat) o szkołach, przedszkolach i tego typu udogodnieniach nawet nie marząc - od interesu aktualnego rolnika, któremu na skutek zmiany przepisów hipotetycznie spuchnie portfel. Hipotetycznie jako że przepisy - tu cytując za Gazetą Prawną Pana Ministra Dziekońskiego zmierzają w kierunku pobierania wyższych podatków w momencie zmiany statusu gruntu na budowlany: "Odrolnienie gruntów z mocy ustawy da gminom dodatkowe dochody. Gminy będą bowiem miały prawo do pobierania od gruntów przekształconych podatków od gruntów budowlanych, a nie rolnych, jak jest to obecnie.
- Podatek od gruntów budowlanych jest wyższy i w związku z tym dzięki odrolnieniu zwiększą się także dochody gmin - wyjaśnia Jerzy Tokajuk.
Zdaniem Olgierda Dziekońskiego takie rozwiązanie będzie sprzyjało przyspieszeniu procesu inwestycyjnego.
- Właściciel nieruchomości będzie musiał płacić wyższy podatek, a to powinno skłonić go do szybszej inwestycji lub sprzedaży gruntu - wyjaśnia wiceminister infrastruktury.
(..)"

Pytanie gdzie w tym wszystkim miejsce dla planowania przestrzennego rozumianego (nawet nie w kategoriach kształtowania abstrakcyjnego dla niektórych ładu) ale jako instrument racjonalnego wydawania publicznych pieniędzy - pamiętajmy że zainwestowanie to nie tylko dochody ale również koszty dla gminy (choćby wielokrotnie cytowana tu infrastruktura).
Dorzuciłabym do tego komentarz, że być może powinno to skłonić właścicieli gruntów rolnych do zastanowienia się czy są zainteresowani przekształceniem swojej własności na tereny budowlane. I płaceniem od nich wyższego podatku. Nie wszystkie miasta mają szansę przyciągać nowych mieszkańców. Samo przekształcenie gruntu na budowlany nie jest źródłem dochodu. Źródłem dochodu jest sprzedaż gruntu. A problem może polegać na tym, że przy nadpodaży gruntów nie będzie komu sprzedawać. A płacić wyższe podatki będzie trzeba. Zapewne takie zastanowienie się by nastąpiło i miałoby szansę stać się skutecznym hamulcem rozwoju absurdalnej urbanizacji ale niestety powyższy artykuł jest nieaktualny - pochodzi z 2008 roku. Odrolnienie gruntów w miastach nastąpiło. I póki co w znaczący sposób nie wpłynęło na proces inwestycyjny. Zapewne może wpłynąć w przyszłości jeśli dotychczasowa ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym miałaby zostać pozostawiona w dotychczasowym kształcie. Czyli pozostawiając znaczną dowolność stosowania decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu.

Szcześliwie rządowy projekt zmian ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym zakłada powiązanie ustaleń studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego z wydawanymi decyzjami administracyjnymi (o innym niż dotychczas nazewnictwie oraz zasadach i przygotowywanymi przez inwestora - ale nadal są to decyzje administracyjne) . Konkretnie z wyznaczonymi w studium strefami urbanizacji, przestrzeni chronionej oraz strefami tzw. kontynuacji zabudowy i rozwoju zabudowy. Nie wiem co prawda dlaczego w strefie kontynuacji zabudowy mają nie obowiązywać tzw. krajowe przepisy urbanistyczne, tudzież skąd bierze się znaczna swoboda kształtowania tamże zagospodarowania oraz nie trzeba uzbrajać terenów...  Nie wiem też czemu na wzór przepisów francuskich nie uprościć sprawy i nie podzielić terenu gminy na strefę zurbanizowaną i naturalną - co byłoby zdecydowanie bardziej klarowne i mniej dziwne a co za tym idzie nie stwarzałoby okazji do nadużyć. Jednak dzięki takim rozwiązaniom gminy zyskują instrument, dzięki któremu mogą kształtować własną politykę przestrzenną.

Powyższe zmiany - co ważne - znacznie podnoszą rangę studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy. Stąd dyskusja, która ostatnio toczy się np. w Łodzi na temat zmiany tegoż dokumentu nabiera nowego znaczenia. Ja sama osobiście jestem zdecydowanym zwolennikiem pozostawienia na obecnym etapie dokumentu dotychczasowego. Również z tego względu, że w znacznie większym stopniu uwzględnia wymogi proponowanych zmian ustawy niż projekt do którego można jeszcze składać uwagi. O zagadnieniach kształtowania racjonalnego rozwoju nie wspominając - bo już to wyjaśniałam, kilka razy.

Tagi: ekonomia, prawo, budownictwo, nieruchomości, planowanie, przestrzenne, urbanistyka


2010-01-25 00:38
 Oceń wpis
   

Przeczytałam od deski do deski numer Scape ze stycznia 2008 (ach te wyprzedaże u nas w IAiU). Znalazłam bardzo ciekawy artykuł o "Urbanistyce oczekiwania" (Urbanism of anticipation) autorstwa Jean'a Pierre'a Charbonneau - który nota bene w latach 1989 - 2001 pracował jako doradca vice-prezydenta Lyonu ds. (m.in.) urbanistyki.

Pomysł prosty, wręcz genialny w swej prostocie. Otóż obok wielkich inwestycji w ramach polityki rewitalizacji aglomeracji Lyonu forsowano również politykę zagospodarowywania terenów tymczasowo nieużytkowanych (a publicznych) jako tereny realizacji prostych i niekosztownych pomysłów na stworzenie przestrzeni miejskich. Po to, aby kiedy pojawi się szansa ich docelowego zagospodarowania, można było to zrealizować. Jednocześnie taka polityka, niekosztowna a więc nie kontrowersyjna, znacznie poprawiła jakość życia w obszarach zurbanizowanych poprzez - co oczywiste - porządkowanie miejskiej przestrzeni i udostępnianie jej ogółowi mieszkańców.


Źródło: http://lsinzelle.free.fr/france/saint_etienne/mine/couriot.htm

Ta niezwykle prosta metoda znalazła między innymi zastosowanie dla porządkowania terenów poprzemysłowych, w np. Puits Couriot w Saint Etienne (w okresie przed utworzeniem muzeum). Teren po dawnych zakładach oczyszczono, posiana została trawa i kwiaty i w ten sposób miejsce po fabryce stało się do czasu realizacji docelowego zagospodarowania bardzo interesującym obiektem do zwiedzania.

Tymczasowe zagospodarowanie przestrzeni publicznych nie jest wyłącznie domeną Francuzów. Choćby projekt Amoeba II z Sydney w Australii z 2004 roku zagospodarowania Martin Place z wykorzystaniem 132 zużytych opon. Albo projekt tymczasowego oświetlenia (które mi się szalenie podoba i o którym tu było niedawno) centralnego placu w Montrealu autorstwa Jean'a Beaudoin i Érick'a Villeneuve.

Kiedy się takie myślenie zestawi z możliwościami analitycznymi współczesnych systemów komputerowych można łatwo wskazać potencjalne lokalizacje dla takiego zagospodarowania. Jak poniżej:

WPA2 : Local Code / Real Estates from Nicholas de Monchaux on Vimeo.

Marzy się coś takiego w Łodzi, gdzie stan własności bywa nie ustalony i jego ustalanie trwa niekiedy bardzo długo i najpewniej się szybko nie zakończy. Tymczasem można by w takich miejscach zaproponować rozmaite niekosztowne rozwiązania tymczasowe - jak choćby łódzkie murale, z których już zaczęliśmy troszkę słynąć. I może warto w ten sposób pomyśleć - wzorem między innymi francuskich Kolegów. A że jak wiadomo - prowizorka jest najtrwalsza - to może byłoby ładniej albo choć porządniej na stałe.

Tagi: nieruchomości, Łódź, publiczna, planowanie, przestrzenne, urbanistyka, przestrzeń, MojeMiasto, gis


2010-01-10 22:13
 Oceń wpis
   

Polecam obszerny artykuł na temat przyszłości Detroit. Miasto, które liczyło niegdyś 2 miliony osób obecnie zamieszkuje 900 000 a prognozy przewidują dalszy spadek liczby ludności. To widać: niewiele budynków w centrum jest nadal zamieszkałych, dominują hektary terenów poprzemysłowych.

Problemy związane z przestępczością, gigantyczne problemy społeczne to inne zjawiska towarzyszące upadkowi przemysłu i narastającemu bezrobociu. Wszyscy, którzy dysponowali jakimikolwiek środkami finansowymi wyjeżdżali i nadal wyjeżdżają z miasta. Budowle publiczne stawały się niepotrzebne. Chyba skrajnym przykładem było przekształcenie teatru na parking publiczny.

Znalazłam kilka bardzo interesujących filmów na ten temat. Poniżej jeden z nich.

Detroit Wildlife from florent tillon on Vimeo.

Zwróciło moją uwagę kilka wątków. Obok pokazania zaniedbanych, opuszczonych zabudowań pofabrycznych, o skądinąd wspaniałej architekturze. Budowa nowego centrum, które miało przyciągnąć światowy kapitał spowodowała, że przeniosły się tam firmy wcześniej istniejące w mieście, opuszczając tym samym dotychczas zajmowane budynki w starszej części miasta. Problemem nowego centrum stał się również brak integracji z otaczającą zabudową.

Niesamowite wrażenie sprawia oglądanie w drugiej części filmu zaadaptowanych rolniczo terenów sąsiadujących z wcześniejszą zabudową fabryczną. I nie mówimy tu bynajmniej o skali upraw znanej nam z obecnych tu i ówdzie również w centrach polskich miast ogródków działkowych. Bynajmniej. Mówimy o rzeczywistych uprawach, ale również o hodowli drobiu, trzody chlewnej, krów, koni, etc.

Inny film: The industrial ghosts, bardzo realistyczny, opatrzony etykietą nie dla dzieci jest szokujący między innymi ze względu na bardzo realistyczne pokazanie stopnia upadku miasta.

Władze miasta przez ostatnie 30 lat próbowały podejmować kolejne próby wdrażania programów rewitalizacji, które każdorazowo kończyły się niepowodzeniem. Pomimo prób ożywiania centrum poprzez wznoszenie tam budynków publicznych oraz komercyjnych nadal ten rejon miasta jest w drastyczny sposób opuszczony przez mieszkańców. Bezrobotni stanowią 27% populacji, z czego większość mieszka w centrum. Władze myślą o stworzeniu 1200 nowych przedsięwzięć, polecają Detroit jako miasto o niskich kosztach życia, dużej ilości budynków które można wykorzystać w prosty sposób adaptując do nowych funkcji.

Zarówno politycy jak i planiści coraz poważniej zaczynają myśleć o przeznaczeniu nieużywanych terenów dla uprawy roślin. Ta możliwość nie jest tak szalona jak by się mogło z pozoru wydawać. "Miasto które niegdyś było czwartym co do wielkości w kraju i służyło jako symbol amerykańskiego przemysłu może przejąć nową rolę: północno amerykańskiego pioniera wprowadzania nowych rozwiązań globalnego zjawiska zmniejszających się post-industrialnych miast."

Ogromne obszary poprzemysłowe w centrum stanowią rzeczywisty problem. Nie można ich przeznaczyć dla ponownego wykorzystania poprzemysłowego - bo nie ma chętnych aby je wykorzystać. Nie można zakładać tak giganycznych terenów zieleni publicznej bo miasta na to nie stać. Myślenie o przywróceniu tam stanu stricte naturalnego nie zapewni żadnych dochodów właścicielom tych terenów. Takie, bardzo skądinąd realistyczne, myślenie doprowadziło do pomysłu wprowadzenia w Detroit upraw miejskich.

Moda na uprawy w środmieściu rozwija się w mieście od lat. Jak dotąd na niewielką skalę. Detroit Agriculture Network liczy blisko 900 "ogrodników" działających w granicach miasta. Ich działki zajmują na ogół nie więcej niż 0,25 akra gruntu. Obecnie pojawia się nowe zjawisko - a mianowicie dążenie do skupywania terenów i próby upraw na skalę przemysłową.

Alex Krieger, dziekan Wydziału planowania urbanistycznego i dizajnu na Uniwersytecie Harvarda przedstawia wizję przyszłych terenach zurbanizowanych jako "szachownicy", w ramach której będą pojawiać się tereny gęściej zabudowane, intensywniej zurbanizowane oraz tereny zachowane dla różnych przyszłych celów w tym tereny rolnicze. I co Państwo na to?

Tagi: rolnictwo, społeczeństwo, nieruchomości, urbanistyka, rewitalizacja


2010-01-04 14:56
 Oceń wpis
   

Jak wiadomo na początku było słowo. Kreowanie trendów zazwyczaj zaczyna się od głośnej krytyki rzeczywistości. Tak mam nadzieję jest i tym razem o czym świadczy choćby zamieszczony w GW w dziale opinie kolejny już artykuł na ten temat. Wywiad z Jackiem Friedrichem - gdańskim historykiem sztuki - pod jakże znamiennym tytułem Otchłań chaosu. Polecam Państwa łaskawej uwadze.

Zacytuję jedynie króciutki fragment który szczególnie mnie ujął : Przepisy dotyczące ładu przestrzennego są fatalne. Samo pojęcie ładu przestrzennego należy do największych anachronizmów - dziś chyba nawet urbaniści boją się go używać, a prawo, które powinno to regulować, już na poziomie zapisu jest fatalne.

I co Wy na to?  Nie boję się używać pojęcia ładu przestrzennego. Choć całkowicie zgadzam się z autorem że próba stosowania tego wyrażenia dla uzasadnienia racji jest całkowicie bezcelowa bo napotyka na zdziwione spojrzenia osób, które w tym zawodzie funkcjonują. Ład przestrzenny nie jest brany pod uwagę w ocenach projektów urbanistycznych. Na ogół decyduje ekonomia i zapisy prawne, w skrajnych przypadkach względy bezpieczeństwa - np. przy okazji stref zalewowych czy osuwisk. Ład nabiera znaczenia jedynie w sytuacjach, kiedy pojawia się grupa osób, która z takich czy innych partykularnych powodów zaczyna go bronić. Np. grupa właścicieli nieruchomości w zabudowie jednorodzinnej, którym przeszkadza nowy budynek wielorodzinny zajmujący dotychczas zazieleniony teren pozostający własnością gminną i przez wszystkich współużytkowany.

Ład staje się ważny również dla 'Miastomaniaków' i to już temat na inną opowieść, która mam nadzieję zyska ciąg dalszy dzięki między innymi takim artykułom jak ten cytowany na wstępie.

Tagi: nieruchomości, urbanistyka, estetyka, ład przestrzenny


2009-11-25 22:20
 Oceń wpis
   

Uczestniczyłam dzisiaj w bardzo ciekawym spotkaniu w naszym Instytucie. Spotkanie dotyczyło opracowywanego właśnie projektu studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Łodzi, które jak wiemy budzi liczne kontrowersje. Swoje refleksje na ten temat przedstawił Profesor Marek Janiak, szef Fundacji Ulicy Piotrkowskiej, która jak wszyscy wiemy organizowała już liczne wydarzenia w tej sprawie , np. spotkanie pod tytułem : Czy chcemy zaorać pół Łodzi. Mówił długo, w tym odnosząc się przede wszystkim do zagadnień ochrony dziedzictwa - prawie nieobecnych w studium. Do koncepcji zielonego kręgu - jako do idei fikcyjnej i przebrzmiałej - z lat 60-tych. Do sposobu formułowania zapisów studium, do proporcji zawartych w nim treści. Do przesłania studium które chce uczynić z Łodzi miasto wieżowców i za wszelką cenę uzasadnia taką potrzebę. Nie było kontrowersji, obecni na sali zaakceptowali stanowisko prelegenta. W późniejszej dyskusji zebrani podkreślali negatywne znaczenie rozlewania się miasta w projekcie studium. Zwracali uwagę na absurd przyjętego paradygmatu wzrostu. Bezsens anektowania nowych terenów wobec utrzymującego się od lat trendu zmniejszania się liczby ludności i olbrzymich niezagospodarowanych obszarów w centrum...  A także na obecność w obecnie obowiązującym studium konsekwentnego systemu zapisów chroniących dziedzictwo i tożsamość autorstwa Profesorów Jana Salma i Jacka Wesołowskiego - to był głos Prof. W. Wiśniewskiej.

Spotkanie zapewne będzie miało swój ciąg dalszy. Potrzebę oraz chęć organizacji dyskusji środowiskowej zgłosili obecni na sali przedstawiciele SARP, TUP oraz Izby Architektów. Sama zasygnalizowałam obecność debat, które rozpoczęły się w ubiegły piątek organizowanych w TVP3 przez Redaktora Tomasza Lasotę, zapraszając jednocześnie Kolegów do udziału w dyskusji.

Tagi: prawo, społeczeństwo, nieruchomości, miasto, Łódź, urbanistyka, studium


2009-11-18 18:10
 Oceń wpis
   

Jedną z metod partycypacji społecznej zastosowaną np. w New Castle w Wielkiej Brytanii były warsztaty planistyczne. Wg Europejskiego Podręcznika Partycypacji, który powstał jako rezultat pracy sieci wymiany dobrych praktyk PARTECIPANDO, która działała w ramach programu URBACT I warsztaty planistyczne są metodą, która umożliwia pogłębioną analizę, ułatwia bezpośrednie uczestnictwo oraz pozwala na wypracowanie wspólnego stanowiska.


Źródło: http://urbact7.urbact.eu/fr/projects/partecipando/handbook.html

Techniki partycypacji określane mianem warsztatów, takie jak: Planning for Real, Pattern Language, Action Planning charakteryzuje wspólna cecha: polegają na prowadzeniu dyskusji według z góry przyjętego schematu oraz pozwalają na uzyskanie rezultatów w krótkim czasie. Celem warsztatów jest wspólne wypracowanie wizji projektu poprzez analizę istniejących uwarunkowań przestrzennych oraz sposobu ich postrzegania przez mieszkańców. Dyskusja w ramach warsztatów jest otwarta dla ograniczonej ilości uczestników i dotyczy określonego tematu. Jak podkreślają autorzy podręcznika metoda ta jest wyjątkowo użyteczna w sytuacji konfliktów. Techniki bazujące na warsztatach są szeroko powielane - pozwalają na skuteczne uzyskiwanie rozwiązań w krótkim czasie. Metoda pozwala na uproszczenie i zredukowanie stopnia skomplikowania informacji oraz wielości punktów widzenia.


Źródło: http://www.newcastlendc.co.uk/

Warsztaty planistyczne znalazły szerokie zastosowanie np. w Newcastle, w ramach brytyjskiego programu rządowego rehabilitacji zabudowy mieszkaniowej, prowadzonego w zubożałych dzielnicach na terenie całego kraju pod nazwą  New Deal for Communities. Co ciekawe w ramach tychże działań animatorami warsztatów zostali mianowani najbardziej aktywni mieszkańcy, w tym oponenci idei rewitalizacji. Co się zresztą często zdarza, niekoniecznie w ramach działań partycypacyjnych :) I niekoniecznie angażowanie dotyczy tematu, w którym potencjalnie aktywne osoby mogłyby oponować. Ale to już jest temat na inną opowieść.

Tagi: nieruchomości, miasto, partycypacja, rewitalizacja


2009-11-17 17:27
 Oceń wpis
   

Poprosiłam jedną z moich studentek z Włoch (Erasmus) uczestniczącą w zajęcia kierunku Architecture Engineering o przygotowanie prezentacji na temat wcześniejszego projektu, realizowanego wcześniej na jej macierzystej uczelni. Zaintrygowało mnie to co opowiadała o badaniach komputerowych rozmieszczenia usług w mieście jako wypadkowej czasu poświęconego na dojście z miejsca zamieszkania do sklepu na piechotę.
Dziewczyny - bo mam dwie takie studentki - studiują u siebie ochronę środowiska. W ramach tego projektu zajmowały się - to ciekawe bo stanowi całkowite odwrócenie naszego sposobu myślenia - poszukiwaniem możliwości odzyskiwania powierzchni ziemi zajętych przez niekontrolowaną zabudowę jednorodzinną ( i nie tylko) - dla upraw rolnych.

Powiem brzydko (czytałam dzisiaj o blogu Kominka): ... jak to jest? Czy zdajecie sobie sprawę że my możemy jeszcze zapobiec przeprowadzaniu takich badań w przyszłości?

Moi polscy, aczkolwiek anglojęzyczni studenci też byli zaskoczeni. Ja to wiem bo piszę o tym od pewnego czasu ale usłyszeć o takich badaniach z ust młodych dziewczyn, które są o tym przekonane bo widzą problem na własne oczy - to jednak co innego. Bardzo się cieszę, że tych kilkunastu młodych ludzi (mam tu na myśli naszych studentów) miało okazję coś takiego usłyszeć. Może będzie nas otaczać troszkę mniej głupoty.

Tagi: finanse, nieruchomości, urbanistyka, land use, sprawl


2009-11-05 21:40
 Oceń wpis
   

Urban - przestrzeń miejska, struktury miejskie, miejskość, tereny zurbanizowane. Tak Henri Lefebvre określa otoczenie, z którym mamy na co dzień do czynienia. Pewne ośrodki miejskie rosną, inne upadają - z różnych powodów. Jednym z podstawowych jest lokalizacja. Inne to jakość miejsca- zarówno wytworzona kulturowo jak i naturalna. Wzrost może być gwałtowny, umiarkowany lub żaden, często mamy też do czynienia ze zmniejszaniem się, porównaj shrinking cities. Jeśli na to patrzymy w tradycyjny sposób, posługując się aparatem pojęciowym wykształconym w okresie industrializacji - pewnych rzeczy nie mamy szans dostrzec. Ograniczeni granicami administracyjnymi oraz tradycyjnie stosowanymi pojęciami miasta, miasteczka i wsi nie widzimy rzeczywistych procesów wzrostu i degradacji.

Widać to wyraźnie w analizach geograficznych, przykładowo w prezentowanej podczas konferencji, w której miałam przyjemność dzisiaj uczestniczyć, a dotyczącej Przestrzeni małych miast. Referat na który się powołuję, autorstwa dr Szymona Marcińczaka  prezentował wyniki badań demograficznych dla aglomeracji łódzkiej na tle pozostałych aglomeracji Polski, a opierał się na danych agregowanych do samorządowych jednostek pomocniczych, a więc szczegółowych. Prezentacja danych wyraźnie wskazywała na sztuczność narzuconych administracyjnie podziałów.

Analizując wyniki cytowanych badań można dojść do wniosku, który mnie osobiście nasuwał się już wcześniej, że polskie prawodawstwo i wynikające z niego ograniczenia administracyjne mogące kształtować lub chociaż moderować rozwój (i w bardziej zaawansowanych demokracjach tak się dzieje) są całkiem nieskuteczne. Jeśli mamy do czynienia z presją inwestycyjną - również na tereny atrakcyjne krajobrazowo - możemy ją jedynie opisać bo powstrzymać czy moderować się nie da. Tezy tej nie trzeba udowadniać w przypadku decyzji o warunkach zabudowy. W przypadku planów miejscowych niestety jest podobnie. Są to narzędzia nie tyle planowania co umożliwiania inwestowania. Tak to mniej więcej jest skonstruowane. Taka była w bardzo ogólnych zarysach teza mojego wystąpienia. Z ładem przestrzennym nie ma to zazwyczaj wiele wspólnego.

Tagi: prawo, nieruchomości, urbanistyka, przestrzeń, ład


2009-10-28 21:55
 Oceń wpis
   

Lektura bloga Lege Artis zachęciła mnie do opisania niektórych bubli prawnych z dziedziny prawa związanego z zagospodarowaniem przestrzennym, z którymi mam na codzień do czynienia. Dla wyjaśnienia - miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego, których opracowywaniem zajmuję się zawodowo stanowią prawo lokalne i jako takie ich zapis musi spełniać wymogi dokumentów prawnych oraz nie zawierać sprzeczności z innymi dokumentami prawnymi wyższego rzędu. No i tu leży pies pogrzebany. Mało tego temat jest iście tematem rzeką i podejrzewam, że pisząc codziennie życia by mi nie starczyło na jego wyczerpanie.

 Zacznę od pozornie oczywistego pojęcia "działki budowlanej". Zdawać by się mogło rzecz absolutnie podstawowa, a więc z pewnością właściwie nazwana. W potocznym rozumieniu działka budowlana jest to taka kategoria nieruchomości gruntowej, na której można budować. W odróżnieniu przykładowo od działki rolnej albo leśnej, na których budować nie wolno. Otóż myliłby się ten kto zawierzyłby w tej materii intuicji.

Zgodnie bowiem z definicją zawartą w Ustawie o gospodarce nieruchomościami mówiąc o działce budowlanej - "należy przez to rozumieć zabudowaną działkę gruntu, której wielkość, cechy geometryczne, dostęp do drogi publicznej oraz wyposażenie w urządzenia infrastruktury technicznej umożliwiają prawidłowe i racjonalne korzystanie z budynków i urządzeń położonych na tej działce;" No i masz ci los - mam do wyboru: albo wymyślić własną definicję, ale nie bardzo mogę wymyślać definicje sprzeczne z ustawą i definiować coś inaczej w uchwale Rady Miasta/Gminy albo wymyślić inne określenie, którego nikt nie zrozumie. Mogę też nie definiować tego wcale używając określenia potocznego działki budowlanej i licząc ..no własnie sama nie wiem na co liczę.

Niektórzy - i być może ja również - używają  pojęcia działki inwestycyjnej. Która może przykładowo składać się z kilku nieruchomości gruntowych. I tu znowu mam dylemat. Wszystko w porządku jeśli plan będzie wykorzystywany do wydawania pozwolenia na budowę. Określam bowiem parametry (wielkość, szerokość frontu) działki inwestycyjnej i inwestor wie jaki fragment gruntu ma kupić aby wybudować w tym miejscu dom. Gorzej, że plan służy też jako podstawa podziału nieruchomości - a tak właśnie jest zgodnie z prawem. I tutaj konia z rzędem za geodetę albo właściciela dotychczasowej nierucomości rolnej (pola, które na skutek uchwalenia planu może zostać rozparcelowane), który zrozumie o co mi chodzi kiedy będę mówiła o działkach inwestycyjnych złożonych z kilku działek gruntowych.

No dobrze, przyjmijmy że doszliśmy w tej materii do jakiegoś konsensusu (bo w sytuacji kiedy nikt nie wie co jest słuszne: ani autor planu, ani urząd, ani GKUA/MKUA - Gminna/Miejska Komisja Urbanistyczno-Architektoniczna, ani zapewne urząd wojewódzki który to sprawdza w zakresie zgodności z prawem jedyną racją jest konsensus - patrz teoria racjonalności komunikacyjnej Jurgena Habermas'a, która chyba jednak nie powinna znajdować w kwestiach prawnych zastosowania) co do poziomego określenia, czym jest obszar inwestycji pozostaje nam jeszcze kwestia kolejna. I tu już znajdujemy się na gruncie iście grząskim.

Otóż zgodnie z art.143 kodeksu cywilnego "W granicach określonych przez społeczno-gospodarcze przeznaczenie gruntu własność gruntu rozciąga się na przestrzeń nad i pod jego powierzchnią. Przepis ten nie uchybia przepisom regulującym prawa do wód." No i tu mamy doprawdy dylemat. Najmądrzejsze głowy nie wiedzą jak z tego wybrnąć - patrz interpratacja tego zapisu w publikacji prawnej. Nie da się ukryć że mamy do czynienia z - łagodnie rzecz określając - reminiscencją planowania socalistycznego. Przypomina mi się, kiedy w 2000 bodajże roku byłam na konferencji organizowanej przez UDMS, w ramach której odbyły się warsztaty prowadzone przez naukowców z Delft na temat możliwości zapisu trójwymiarowego katastru. Nie muszę chyba wyjaśniać że nigdzie indziej taka definicja jak nasza rodzima nie obowiązuje.

Jakie "społeczno-gospodarcze wykorzystanie" ma reperkusje dla zagospodarowania np. terenów nad liniami kolejowymi lub nad drogami nie trzeba zapewne tłumaczyć. W tym pierwszym przypadku bardzo klarownie wyjaśnia to Grzegorz Buczek w wywiadzie na temat możliwości przebudowy warszawskiego dworca. Skrótowo rzecz ujmując jedynie PKP może być poważnym inwestorem na takim terenie. Bo PKP jest właścicielem linii kolejowej pod dworcem. Nad drogami publicznymi w Polsce można wznosić wyłącznie budowle publiczne. Aż dziw że powstało coś takiego jak skocznia w Wiśle.


Skocznia w Wiśle Malince -  droga przechodzi w tunelu pod trybunami. Budowla jest inwestycją publiczną - taka budowla prywatna nie byłaby możliwa. Źródło: gazeta.pl

Jeden z moich studentów, kiedy próbowałam tłumaczyć zawiłości związane z możliwością zapisu ustaleń planu w trzecim wymiarze (chciał zaprojektować prywatny parking pod publiczną ulicą - rzecz, z którą spotkał się w Londynie) stwerdził że on z przyjemnością zostanie urbanistą. Bo to bardzo ciekawe. Ale w Wielkiej Brytanii.


Ten skwer - publiczny - zlokalizowany jest nad prywatnym parkingiem. W naszych warunkach takie rozwiązanie (wprost) nie jest możliwe. Można oczywiście mówić o dzierżawie albo innych sposobach omijania przepisów - ale czy rzeczywiście tędy prowadzi droga? Skwer - Jardin du Clos Carret - znajduje się w Lyonie we Francji, a zdjęcie pochodzi z witryny http://www.ilex-paysages.com To samo zdjęcie można też odnaleźć w książce Krajobraz miejski Nowe trendy Nowe inspiracje Nowe rozwiązania.

Tyle na początek - cyklu jak podejrzewam o bublach rodzimych regulacji planistycznych. Dla osób, które już nie mogą się doczekać małe pytanie: czy wolno prowadzić drogę tuż obok torów kolejowych skoro droga jest obiektem budowlanym, a obiekty budowlane muszą być od kolei odsunięte?

Tagi: prawo, nieruchomości, legislacja, miasto, planowanie, urbanistyka, budowlane, bubel


2009-10-26 21:49
 Oceń wpis
   

Podróżować po Łodzi (tym razem mieście) autobusem lub tramwajem będzie zdecydowanie przyjemniej, kiedy wprowadzone zostaną nowe, lepsze rozwiązania komunikacyjne zaproponowane przez Jaimego Lernera - długoletniego mera Kurytyby i twórcę jednego z najlepszych rozwiązań komunikacyjnych na świecie. Pisałam na podobny temat w ubiegłym tygodniu, co powoduje fascynację jak podobne myślenie pojawia się w tym samym czasie w różnych gremiach. O samych rozwiązaniach stosowanych w Kurytybie też już kiedyś pisałam - rzeczywiście działają doskonale.


Transport w Łodzi - źródło Gazeta.pl, dodatek łódzki

Jak donosi dzisiejsza GW, dodatek łódzki - Jaime Lerner zostanie zaproszony przez władze Łodzi aby zaproponować rozwiązanie problemu transportu zbiorowego dla naszego miasta. Pomysł świetny, choć konsultacje ponoć kosztowne. Ciekawa jestem czy diagnoza będzie zbliżona do mojej :)


Jaime Lerner, źródło Wikipedia

Podsumowując zamiast komentarza podsunę lekturę - dla wszystkich zainteresowanych problematyką miejskiego transportu. Miasto w ruchu. Przewodnik po dobrych praktykach w organizowaniu transportu miejskiego - autorstwa łodzianina, kolegi z IAiU PŁ - profesora Jacka Wesołowskiego.

Tak już na marginesie: ciekawe czy inne obok transportu publicznego rozwiązania zastosowane w Kurytybie również będą dla łódzkich samorządowców inspiracją. Czego bym nam wszystkim życzyła :)

Tagi: komunikacja, kultura, społeczeństwo, nieruchomości, miasto, transport


2009-10-13 20:38
 Oceń wpis
   

Dlaczego postrzeganie świata w kategoriach osobistych korzyści miałoby być złe? Każdy w ten sposób postrzega świat. Każdy czuje się w obowiązku zapewnić byt sobie, swojej rodzinie i swoim dzieciom. Każdy pragnie przede wszystkim dobra swojego i swoich najbliższych. To naturalne że dążymy do zapokojenia potrzeb własnych, nie cudzych.
Planowanie przestrzeni, zarządzanie terytorium (dwie odrębne dziedziny ale mocno ze sobą sprzężone) powiązane są w oczywisty sposób z rozwiązywaniem konfliktów. Rozwiązywanie konfliktów różnych stron funkcjonujących w ograniczonej przestrzeni bywa trudne. Jeśli możliwe staje się odizolowanie zwaśnionych stron - konflikt ma szansę sam wygasnąć. Jeśli jednak oczekiwania różnych interesariuszy są sprzeczne, dobro i przestrzeń w której się poruszamy ograniczone  - rzecz może stać się niebezpieczna, a konflikt wybuchnąć z całą mocą.

Ktoś musi przegrać, a ktoś wygrać. Lub strony muszą się dogadać. Czasem efektem dogadywania się jest wartość dodana - nowy pomysł, nowa idea. W tym wszystkim nie ma nic z polityki. A może wręcz przeciwnie - może to właśnie jest polityka. Wszak polityka to walka o władzę. Tylko że jeśli przyjmiemy, że nasze dogadywanie się w sprawach powszednich związanych z zarządzaniem i planowaniem przestrzeni ma być polityką - stajemy w obliczu przegranej. Pierwotnie bowiem naszym celem było rozwiązanie prostego problemu, zaspokojenie naszych własnych potrzeb. Co jest właściwe, zrozumiałe i naturalne. Jeśli w tym wszystkim pojawia się dążenie do władzy, walka, element gry politycznej - przestajemy myśleć o naszych potrzebach. Nic nie jest proste, oczywiste. Co więcej tracimy możliwość dogadania się w prostej sprawie, którą chcieliśmy rozwiązać na początku.

Taka jest mniej więcej różnica pomiędzy tym co rozumiane było jako partycypacja społeczna w planowaniu w latach 70-tych ubiegłego stulecia. Wtedy była to walka o władzę. A współcześnie stosowanymi metodami uczestnictwa społecznego. Teraz służą one po prostu i aż rozwiązywaniu problemów.

Rozumienie pojęcia partycypacji i ewolucji idei na podstawie H.Sanoff, J.Innes, S.Faistein, P.Healey oraz kilkunastu innych teoretyków kierunku.

Tagi: kultura, społeczeństwo, nieruchomości, miasto


2009-10-08 17:50
 Oceń wpis
   

Wybierając się na smutną imprezę (choć organizatorzy przywitali gości sokiem i ciastem) przy okazji zabłądziłam w sąsiedni kwartał zabudowy. Jeden z największych kwartałów w śródmieściu Łodzi.


Wstęga, która została przecięta aby niestety "symbolicznie otworzyć" centrum rewitalizacji.


Torty i napoje dla uczestników i zaproszonych gości.

Dawno tam nie byłam. Sądziłam wobec tego, że jednak coś się w tej okolicy zmieniło. Tym bardziej że tuż obok inwestycja Phylipsa, wyremonowano też kościół oo.Jezuitów. Tymczasem jednak nie. I to pomimo zapewnień, które wielokrotnie słyszałam przy różnych okazjach że centrum Łodzi zabudowało się na tyle że nie ma już w śródmieściu miejsca na nowe inwestycje. Co jest zdecydowanie nieprawdziwe.


Wspomniany kwartał - źródło zumi.pl

Oczom moim ukazał się iście sielski obrazek z małymi domkami rozmieszczonymi dość luźno pomiędzy pozostałymi, zarosłymi zielenią ruinami dawnych oficyn. Tuż obok na sąsiedniej równie długiej działce bez frontu rozlokował się warsztat samochodowy. Niezliczone ilości parkingów uzupełniają obraz tego krajobrazu niczym po bitwie.


Jeden z licznych w tym rejonie parkingów


Drugi z licznych w tym rejonie parkingów.

Nieliczne kubatury budynków, rozlokowane jedynie wzdłuż bardzo rzadko w tym rejonie rozmieszczonych ulic dopełniają wizerunku. Niewiele zmienia że ostatnio pojawiło się kilka nowych domów. Skoro nie tak dawno kilka też przestało istnieć. Jeden niestety całkiem niedawno.

Intensywność zabudowy w tym obszarze niewiele jak mi się wydaje odróżnia się od pierwotnie przyjmowanych wskaźników dla zabudowy wiejskiej zakładającej uprawę lnu na bardzo długich działkach pierwszych łódzkich rzemieślników. Obrazek iście sielski. Pośrodku kwartału trafiłyśmy do wróżki, która mieszka sobie pod jabłonką w małym domku. Z dala od ulic i wielkomiejskiego zgiełku. Adres co prawda nie wiejski ale okolica jak najbardziej. Tak sobie myślę - może wróżka pomoże ..


Tuż obok wróżki - warsztat samochodowy.

Oraz pierwotne rozplanowanie działek łódzkich prządków - wyraźnie widać jak są głębokie i w tym tkwi źródło rozlicznych łódzkich kłopotów albo wciąż istniejąca ... i jak widać nieustannie dziewicza szansa na stworzenie świetnego środowiska do mieszkania i życia - ilustracja zaczerpnięta z http://w4u.am.lodz.pl/~jkk/ld

Tagi: prawo, społeczeństwo, nieruchomości, miasto, Łódź, urbanistyka


2009-10-03 13:37
 Oceń wpis
   

Od pewnego czasu czuję się poddawana presji (delikatnej i bez cienia urazy) aby powiedzieć głośno co sądzę na temat projektu studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Łodzi, który wstępnie opracowany i zatwierdzony przez Pana Prezydenta Miasta został aktualnie przekazany do uzgodnień i opiniowania oraz prowadzona jest procedura związana z prognozą oddziaływania na środowisko. Nie podejmuję się tak naprawdę wypowiadać wiążących opinii o tym dokumencie jako że nie jestem członkiem MKUA (Miejskiej Komisji Urbanistyczno-Architektonicznej), nie zlecono  mi koreferatu studium ani co też ważne nie mam jako szeregowy obywatel możliwości łatwego zapoznania się z zawartością projektu. Dla wyjaśnienia - nie mam czasu ani wystarczająco dużo determinacji aby wybrać się celem zapoznania do Miejskiej Pracowni Urbanistycznej. Co prawdopodobnie jest cechą właściwą większości mieszkańców naszego miasta (jak i innych miast) i o czym od dość długiego czasu mówię przy każdej okazji.

Zapoznałam się natomiast z założeniami do Studium, które można obejrzeć w witrnie MPU. Oraz przy różnych okazjach (troszkę ich jest - jestem w końcu czynnym zawodowo urbanistą, tudzież ta wspomniana na wstępie presja ze strony RS Szacunek dla Łodzi..) miałam okazję zaglądać przez ramię i projekt oglądać. Przepraszam wobec powyższego że moja opinia zapewne jest fragmentaryczna, może nie całkiem uzasadniona i krótka - ale w zaistniałej sytuacji inna być nie może.
Chciałabym po pierwsze odnieść się do prezentowanej przez zespół opracowujący studium koncepcji tzw. Zielonego Kręgu Tożsamości i Kultury (tak to się jak mi się wydaje nazywa). Tenże zielony krąg jest elementem o którym było głośno już wcześniej, mianowicie w wygasłym już planie ogólnym obejmującym cały teren miasta . Mam co do tej koncepcji mieszane uczucia. Z jednej strony uważam że wykorzystywanie obrazów, czytelnych idei, wręcz ikon w planowaniu miasta jest kierunkiem właściwym. Patrz choćby przykład Schema Durecteur dla aglomeracji Lyonu (już nieobowiązującego ale szeroko publikowanego) w którym posłużono się ikoną kwiatu. Ale - niestety tych ale jest tu bardzo dużo. Po pierwsze elementy tożsamości pojawiają się również poza kręgiem i jest ich bardzo dużo. Po drugie grafika powinna stanowić element PR umotywowanych i sensownych koncepcji a nie być koncepcją samą w sobie. Miałam okazję przyjrzeć się z bliska jednemu obiektowi pofabrycznemu który miał to nieszczęście że znalazł się na terenie Zielonego Kręgu. Obiekt działa w najlepsze, świetna lokalizacja powoduje że właściciel nie jest zainteresowany zrealizowaniem na swój koszt zieleni publicznej (a niby dlaczego miałby być zainteresowany) a miasto wcale nie chce tego terenu po cenie rynkowej kupić. Mało tego właściciel domaga się odszkodowania (za okres kiedy plan ogólny z zapisami o kręgu obowiązywał) bo chciano mu coś zabrać a mianowicie jego obiekt miał być elementem zielonego kręgu co wiązało się dla niego z pewnymi ograniczeniami. I w mojej ocenie ma rację. Próba opracowania miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego akurat w tym miejscu spełznie na niczym (bez zakupu wspomnianej posesji za gigantyczne pieniądze) a przecież plan musi być ze studium zgodny. Nie analizowałam szczegółowo całego "Zielonego kręgu" ale śmiem twierdzić że nie jest to jednostkowy przypadek. Tuż obok zresztą są ogródki działkowe - też rzekomo stanowiące "tożsamość miasta". M
am wątpliwości co do wymienionej idei. Zresztą chyba sami autorzy też mają wątpliwości jako że równolegle do zielonego kręgu proponują błękitno-zieloną sieć.

Wracając do tożsamości miasta (i pozostając w obszarze ikon) moim skromnym zdaniem dużo słuszniejszym byłoby sięgnięcie do historii łódzkiego planowania, gdzie w ramach planów opracowywanych przez lata dla śródmieścia Łodzi (o czym pisze dr Wiśniewski w Materiałach Planistycznych obowiązującego studium, tom VII) pojawiała się koncepcja czerwonego kwadratu. Czerwony kwadrat obejmował obszar ścisłego centrum miasta  (oczywiście grafika wymagałaby dopasowania do rzeczywistości - co było kiedyś robione i wymaga uaktualnienia) i wskazywał na poteżne problemy czekające włodarzy miasta a związane z rewitalizacją. W obszarze czerwonego kwadratu należałoby wprowadzić bezwzględny priorytet opracowywania planów miejscowych oraz zapisać szczegółowe wytyczne dla tychże planów ( ja bym na przykład rozważała zapis że pojedyńczy plan nie może obejmować obszaru mniejszego niż pojedyńczy kwartał - dla uniknięcia planów dla inwestycji punktowych). W tym obszarze plany powinny przede wszystkim chronić. I to chronić nie wyłącznie obiekty o potwierdzonej historycznie i konserwatorsko wartości (patrz ostatnia dyskusja na temat remizy) ale również te obiekty które są odpowiedzialne za obraz miasta w świadomości mieszkańców. Na pewno też elementem podlegającym ochronie jest układ ulic - charakterystyczny dla Łodzi ruszt - stanowiący element tożsamości miasta i decydujący o jego unikalności. Czerwony kwadrat jako ikona wskazuje na wagę tego problemu dla miasta i jego mieszkańców.

Drugą figurą geometryczną która powinna stanowić ikonę ważnego dla Łodzi zagadnienia byłoby zielone koło (a właściwie koło symbolizujące miasto - otoczone zielenią). Zielony krąg nie wystarczy aby być płucami miasta tej wielkości. Rozpełzająca się zabudowa wokół chwały miastu nie przyniesie. W dojrzałych demokracjach europejskich sprawl uznawany jest za dopust boży i podejmowane są środki - przede wszystkim prawne (a więc studia i plany) które mają mu przeciwdziałać - bo jest nieekonomiczny. Argumentów przeciwko wszechobecnemu rozlewaniu się miast jest całe mnóstwo. Odsyłam tutaj do np. wypowiedzi J. Kunstlera którą niedawno na tych łamach prezentowałam. Ważnym elementem tożsamości jest sylweta miasta i krajobraz dookoła. W Łodzi - w dużej mierze dzięki obowiązującemu studium udawało się w latach największej presji inwestycyjnej krajobraz chronić. To już stało sie wartością i szkoda byłoby teraz ją bezmyślnie wyrzucić. Wracając do argumentów ekonomicznych i zdroworozsądkowych - przy ograniczonym potencjale ekonomicznym jakim Łódź dysponuje rozlewanie się zabudowy (a co za tym idzie konieczność budowy niezbędnej infrastruktury w tym dróg) znacznie osłabi zarówno natężenie presji inwestycyjnej w centrum jak i zmniejszy możliwość finansowania zmian. Podsumowując ten wątek: Czerwony kwadrat też jest argumentem dla zielonego koła i odwrotnie. Innymi słowy procesy rewitalizacji centralnej części miasta i ochrony krajobrazu na zewnątrz przed zabudową są ze sobą nierozerwalnie powiązane.


Autorska i niedopracowana ikona studium Łodzi, które znalazłoby uznanie w moich oczach.

Bardzo podoba mi się pomysł autorów nazwany (efektownie) błękitno-zieloną siecią. Dla realizacji takiej sieci poza zastrzeżeniem zakazu zabudowy w dolinach rzeczek (co mam nadzieję w projekcie jest - choć nie wiem, już mówiłam dlaczego) przydałby się np. pomysł następujący: W ramach każdego obszaru objętego planem minimum 10% powinna zająć zieleń urządzona - w postaci bądź to istniejących parków, a tam gdzie ich nie ma nowych skwerów, zieleńców, placów zabaw. Pozostawiając decyzję o ich szczegółowej lokalizacji twórcom planów miejscowych (dysponującym szczegółowszą wiedzą o stanie własności w danym momencie) ale jednocześnie narzucając wymóg że taka zieleń musi obowiązkowo zaistnieć.

Kończąc tę dość długą wypowiedź mogę stwierdzić że z pewnością nie wyczerpałam tematu jako że wyczerpać go w zaistniałych okolicznościach - nie miałam szansy.

Tagi: prawo, społeczeństwo, nieruchomości, miasto, Łódź, urbanistyka


2009-10-02 16:05
 Oceń wpis
   

Atmosfera tajemniczości jaka towarzyszy zazwyczaj opracowaniom dokumentów urbanistycznych ma niewiele wspólnego z obowiązującymi przepisami prawa - mam tu na myśli np. art. 14 ust.3 i 21 Ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko. Tajemniczość nie ma też nic wspólnego z zasadami które powinny leżeć u podstaw angażowania lokalnej społeczności w planowanie. Bo jak tu się angażować w coś co ma same niewiadome.

O absurdach powstawania studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego dla Łodzi już kiedyś pisałam. Pomimo że jest to tak ważny dla miasta dokument nadal jego powstawanie oraz zawartość owiane są mgiełką tajemniczości. Tajemniczość zawsze wydaje się podejrzana. Tak już jesteśmy skonstruowani i nie ma w tym nic dziwnego.

Jak się okazuje nie jest to wyłącznie przypadek łódzki - patrz artykuł w lokalnym dodatku GW tym razem krakowskim. Krakowianie już sobie z tym tematem poradzili - pomogło zaangażowanie Miejskiej Komisji Urbanistyczno- Architektonicznej - o czym też dużo w prasie było mówione. Tak na marginesie - łódzka prasa na ten temat milczy...

Spróbujcie się Państwo postawić na miejscu osoby, którą teoretycznie pytano o zdanie w jakiejś sprawie. Kiedy powinno paść takie pytanie - przed czy po podjęciu decyzji? Czy takie pytanie po podjęciu decyzji w ogóle ma sens? Skoro i tak odpowiedzi nie będą brane pod uwagę. Tak jest skonstruowana obecnie procedura opracowywania - zarówno studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego jak i miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Pytanie stawiamy po podjęciu strategicznych decyzji. Są miasta (np. Poznań) które organizują dyskusje przed przyjęciem założeń. Prawo na to pozwala - a przynajmniej nie zabrania.

Podczas Konferencji nt. Partycypacji Społecznej w Planowaniu Przestrzennym, w której ostatnio brałam udział , w podsumowaniu dyskusji panelowej w drugim dniu obrad padło stwierdzenie (wygłoszone o ile się nie mylę przez P. Marka Piskorskiego - Dyrektora tamtejszego Biura Rozwoju) o potrzebie organizacji debaty przed podjęciem uchwały o przystąpieniu do sporządzania do opracowania dokumentu planistycznego. W przypadku planów miejscowych jest to jak najbardziej celowe - uchwały o przystąpieniu formułują cele dla których plan jest sporządzany, cele zawiera również wymagana przepisami analiza.

W przypadku studium - w konkretnym przypadku studium Łodzi - taka debata winna chyba dotyczyć celowości zmiany studium - w tym momencie. Obecny dokument został przyjęty w 2002 roku. Stan opisywany w dokumencie to stan na rok około 1998. Horyzont czasowy dla tego rodzaju dokumentów (np. w prawodawstwie francuskim) to zazwyczaj 15 lat. Fakt że zmieniły się przepisy i zapis studium nie przystaje do obowiązujących wymogów ale..

Tagi: prawo, społeczeństwo, nieruchomości, miasto, Łódź, urbanistyka


2009-09-30 21:35
 Oceń wpis
   

Opublikowany w najnowszym Dz.U.(Nr 160) wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 21 września b.r. pozwala na legalizację samowól budowlanych na terenach pozbawionych planów miejscowych. Do tej pory uzyskanie decyzji o warunkach zabudowy dla tych inwestycji było praktycznie niemożliwe - bo musiałaby ona być wydana z datą wsteczną. Stąd Trybunał Konstytucyjny zdecydował o wyrównaniu szans inwestorów na terenach wyposażonych w plan miejscowy i pozostałych.

Co ważne: dla inwestycji, które już raz nie uzyskały zgody na legalizację obowiązuje miesięczny termin na ponowne złożenie wniosku. Cytuję za Rzeczpospolitą:

"Wyrok daje ponadto szansę na legalizację inwestorom, którym nadzór budowlany już raz jej odmówił z powodu braku tej decyzji. Od 29 września mogą starać się o wznowienie postępowania o legalizację. Ale termin na to jest bardzo krótki, tylko miesiąc, a liczy się go od dnia publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego, czyli od 29 września. Mówi o tym art. 190 ust. 4 konstytucji oraz 145a kodeksu postępowania administracyjnego."

Zdecydowanie nie popieram samowól budowlanych ale ten wyrok wydaje mi się słuszny. Wszyscy powinni być wobec prawa równi. Skoro dopuszcza się możliwość legalizacji tam gdzie jest plan miejscowy - tak samo należy dopuszczać to wszędzie indziej. Nie jest przecież winą obywatela, że gminy nagminnie nie opracowują planów miejscowych. A dotychczasowe przepisy były co najmniej absurdalne. Oczywiście legalizacji podlegają tylko te samowole, które zgodnie z przepisami prawa budowlanego mogłyby zostać wzniesione w normalnym trybie tzn. spełniają warunki zapisane w decyzji o warunkach zabudowy i są zgodne z przepisami.

Katastrofalna dla polskiej przestrzeni jest sytuacja prawna w której planowanie za pomocą decyzji w ogóle jest możliwe. Szkoda że nie da się tego równie prosto zmienić wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego.

Tagi: prawo, nieruchomości, legislacja, budowlane


2009-09-29 16:48
 Oceń wpis
   

Działalność architekta urbanisty podobnie jak działalność krawca powinna uwzględniać potrzeby ludzi. Tak jak projektant odzieży musi brać pod uwagę budowę ludzkiego ciała, a pominięcie anatomii spowoduje że jego dzieło będzie mogło służyć jako dekoracja na ścianie - tak urbanista musi poznać sposób postrzegania miasta przez mieszkańców i traktować jako podstawowy warsztat pracy dla uzyskania satysfakcjonujących rozwiązań przestrzennych.

Istnieje co najmniej kilka teorii opisujących percepcję środowiska miejskiego i pozwalających na dokonywanie niezbędnych analiz. Fundamentalne znaczenie dla badań w tej dziedzinie miały prace Kevina Lyncha których wyniki, szeroko kontynuowane, opisane zostały w książce Image of the City. Według teorii Lyncha w strukturze miasta - postrzeganej - obecnych jest kilka rodzajów elementów o charakterze punktowym, które pozwalają na identyfikację w przestrzeni i służą identyfikacji samej struktury.

Chciałabym się tu - jako że wywód jest nieprofesjonalny i nie służy edukacji studentów pierwszego roku architektury - zająć jednym tylko typem owych elementów punktowych. Są nimi mianowicie tzw. landmarks czyli miejsca znaczące lub szczególne lub też - jak nazywa to Kaziemierz Wejchert - znaki szczególne. Znaki szczególne to te elementy krajobrazu miejskiego które są łatwo identyfikowalne ze względu na swoje cechy: kształt, wielkość, strukturę, detal kolorystykę lub też które poprzez związaną z nimi strefę znaczeniową nabierą unikalności.

Mogą to być oczywiście budynki ale również rzeźby miejskie. W Łodzi przykładowo takim miejscem szczególnym stała się ławeczka Tuwima czule obejmowanego przez przysiadających obok turystów (choć i rdzenni Łodzianie też lubią się z poetą zaprzyjaźniać i np. nieoczekiwanie za nos - aż błyszczący od tego typu działań pochwycić). Istnieje też kategoria tzw. distant landmarks - dominant, czyli tych obiektów które służą identyfikacji nie tylko w jednym miejskim wnętrzu ale w różnych miejskich przestrzeniach. Znaki, czy miejsca szczególne nie muszą przedstawiać sobą wartości zabytkowej, nie muszą też reprezentować wybitnych walorów estetycznych (o kwestiach piękna w różnych okresach można by zresztą długo dyskutować - tu jako przykład może doskonale posłużyć paryska wieża Eiffla)  ale zazwyczaj ich pewna unikalność pozwala łatwo je wyodrębnić w tłumie innych budowli.  Te elementy są szalenie potrzebne w strukturze miasta bo pozwalają na identyfikację. O tym czy coś jest czy nie jest znakiem szczególnym decyduje łatwość percepcji.

Czy coś należy czy też nie do tej kategorii łatwo można się przekonać (staram się sobie - co mam nadzieję oczywiste - wyobrazić sposób myślenia decydentów). Wystarczy sprawdzić co się dzieje kiedy dany obiekt znika. Gorliwość protestujących mieszkańców dowodzi, że wyburzany budynek pełnił funkcję znaku szczególnego. Natężenie protestów świadczy o poziomie obecności tej wartości. Tylko nie bardzo rozumiem po co się o tym przekonywać w ten jakże brutalny sposób - skoro tego uczą na pierwszym roku.

Takim obiektem, o którym można było powiedzieć że odgrywał znaczną rolę w mentalnym krajobrazie śródmieścia Łodzi była wyburzona wczoraj remiza strażacka przy Sienkiewicza 54. Jak znaczna była to rola można się łatwo przekonać z reakcji łodzian. Wyburzenie tego charakterystycznego budynku spowodowało wyrwę w systemie odniesienia, w mentalnej mapie tego fragmentu miasta. Tym bardziej bolesną że nie wiemy co się w tym miejscu znajdzie - a najpewniej nic.


Źródło zdjęcia: RS Szacunek dla Łodzi

Dla oszacowania jak duże znaczenie ma mentalny wizerunek krajobrazu miejskiego spróbujcie wyobrazić sobie własne reakcje po np. wyburzeniu PKiN w Warszawie albo po usunięciu ławeczki Tuwima sprzed magistratu w Łodzi. Trudno nam sobie to wyobrazić, prawda? Pierwszy z tych obiektów pomimo historycznych uwarunkowań powstania na trwałe wpisał się w krajobraz stolicy. Drugi stał się częstym miejscem spotkań mieszkańców Łodzi. Coż by nam pozostało po ich usunięciu?

Tagi: kultura, społeczeństwo, nieruchomości, miasto


2009-09-22 22:26
 Oceń wpis
   

Wśród wielu różnych osób które zawodowo zajmują się planowaniem przestrzennym można odnaleźć kilka charakterystycznych postaw, które znajdują swoje odniesienie również w stosunku do możliwości uczestniczenia lokalnej społeczności w planowaniu. Ogólny zakres klasyfikacji pokrywa się mniej więcej z liniami podziału w schemacie opisującym typologię partycypacji społecznej w różnych modelach planowania autorstwa Judith Innes i Davida Booher'a (2000).


Cztery modele planowania i tworzenia polityki wg Innes Judith E., Booher Dawid E. 2000; Public Participation in Planning: New Strategies for the 21st Century, University of California at Berkeley, Institute of Urban and Regional Development, Working Paper 2000-07

Dla komentarza i wyjaśnienia prezentowanego schematu pod niniejszym wpisem pozwalam sobie zacytować fragment własnej pracy doktorskiej.

W modelu wpływu politycznego najlepiej sprawdzają się osoby wykonujące swój zawód przede wszystkim z pobudek komercyjnych, w celach zarobkowych. Pozostałe modele są obszarem działania wszelkiej maści idealistów: zarówno tych, którzy wiedzą lepiej (choć w tej grupie idealizm walczy o pierwszeństwo z postawą opisaną powyżej), jak i tych którzy chcą współpracować lub chociażby nie ignorować zdania mieszkańców (co oczywiście nie wyklucza chęci uczciwego wynagrodzenia za wykonaną pracę). Typy postaw możnaby mnożyć, jako że nasza rodzima specyfika, fakt działania przez dłuższy okres w warunkach gospodarki socjalistycznej, mniej lub bardziej "naukowa" postawa rozumiana zarówno jako otwartość na wiedzę jak i trzymanie się wyznawanego światopoglądu mają dla postaw znaczenie niebagatelne.

Mnie osobiście zafrapowała jedna z wielu postaw, która niestety zyskuje coraz większą popularność i to jak się wydaje nieprzypadkowo. Niestety postawa, o której za chwilę wydaje się to być rezultatem uwarunkowań prawnych w ramach funkcjonującego systemu planowania - który trudno zresztą nazwać systemem ale to już inny temat. Otóż ważniejszym staje się dążenie, aby plan był zgodny z prawem i nie mógł okazać się źródłem roszczeń ze strony mieszkańców niż zachowanie zdrowego rozsądku i przestrzeganie elementarnych zasad ochrony interesu mieszkańców - co niekiedy musi i powinno pociągać za sobą odszkodowania. O planowaniu w ogóle trudno przy tym mówić.

Nikt nie chce się przyznać do uciążliwości podejmowanych działań. Oczywiście ze względu na koszty odszkodowań. Z tego też powodu nie ustala się stref ograniczonego użytkowania. Problem dotyczy uciążliwości rozmaitej maści. Wszystkie tego rodzaju utrapienia "wychodzą" w planie - i wtedy nie wiadomo kto ma zapłacić odszkodowanie ze względu np. na wycofanie możliwości zabudowy. Planista który stwierdza oczywistą obecność zagrożeń? (taniej będzie jeśli ich nie zauważy) Gmina? - ale to nie gmina je wywołała!

Postaram się wyjaśnić rzecz na przykładzie. Otóż mamy działkę - prywatną, budowlaną, z domem jednorodzinnym. Zabudowaną jakiś czas temu (wystarczająco dawno aby bardzo skromny domek, wyraźnie stawiany "metodą gospodarską" zdążył się prawie rozlecieć ze starości. Dom stoi w szeregu innych domków na małych działeczkach wydzielonych przez zaradnego gospodarza, który rozparcelował pole i wytyczył z boku drogę. (Przestrzennie szkaradne - ale to zostawmy na lepsze czasy albo bardziej cywilizowane uwarunkowania.) Tuż za domkiem mamy las (całkiem poważny las, nie jakiś tam lasek). Dom wzniesiono zbyt blisko lasu co jest niezgodne z obowiązującymi przepisami pożarowymi. Technologia wykonania, w szczególności dach z azbestu, nie pozwoliłaby w żaden sposób na zmniejszenie odległości od lasu poniżej przepisowych 12m.
Tuż obok naszego domku budowana jest właśnie obwodnica miasta - fragment drogi krajowej, 4 pasy ruchu oraz urządzenia pomocnicze. Niemal w bezpośrednim sąsiedztwie wykopano osadnik dla zbierania deszczówki z jezdni drogi - trudno ukryć uciążliwość takiej inwestycji - zazwyczaj mocno śmierdzi.

Żeby tego było mało nad domkiem przebiegają przewody wysokiego napięcia 110kV. Podwójne - co z pewnością powoduje zwiększenie pola elektromagnetycznego ale zalecenia dotyczące zasięgu strefy oddziaływania pozostają jak dla pojedynczego przewodu.

Czy możecie sobie wyobrazić że nie ma podstaw prawnych dla uniemożliwienia rozbudowy domu w tym miejscu? Z taką opinią miałam okazję się spotkać. I co Wy na to? Czy będąc mieszkańcem takiego domku chcielibyście go rozbudowywać w tym miejscu? I czy chcielibyście aby za wszelką cenę zapisano dla waszej działki możliwość lokalizacji nowej zabudowy (gdyby to była Wasza działka)? Nie znam uwarunkowań budowy tego konkretnego domku, być może jednak istnieje możliwość uzyskania odszkodowania od gestora sieci - celowo troszkę zarysowany problem przejaskrawiam.

Spotkałam się też niestety z opinią że z mieszkańcami nie warto dyskutować i ich pytać o zdanie bo i tak za tydzień po namyśle zdanie zmienią. A my i tak wiemy lepiej więc będziemy mieszkańców uszczęśliwiać. W taki oczywiście sposób aby nie wywoływać roszczeń - patrz historia opisana powyżej.

Niemal fascynujące jak odległe jest takie myślenie od traktowania ludzi po partnersku, angażowania ich w działania samorządu i próby wypracowania wspólnych rozwiązań. Co ciekawe u źródeł przedstawionego powyżej sposobu myślenia wcale nie doszukiwałabym się złej woli. Ja tu znajduję rzetelność, uczciwość i autentyczne zaangażowanie w wykonywaną pracę. Przekonanie o wadze zgodności utworu z prawem nie jest przecież niczym złym ani nagannym. Podobnie jak działanie w interesie gminy która chce uniknąć kosztów roszczeń. A że myślenie na temat zdrowego rozsądku ludzi jakby z księżyca? Wygląda na to że skoro byliśmy na księżycu 50 lat to nie ma się czemu dziwić.

Dlatego właśnie jestem zwolennikiem rozwiązań proceduralnych. Wydaje mi się to być jedyną skuteczną drogą zmiany myślenia o partycypacji wśród osób które zajmują się tymi zagadnieniami zawodowo. Dla uzupełnienia - to nie jest krytyka. Jedynie próba opisu rzeczywistości.

 

Opis postaw prezentowanych na rysunku:

Racjonalistyczny model planowania.
Ten sposób planowania jest bardzo popularny, stosowany bywa powszechnie we wszystkich biurokracjach [ Innes, Booher, 2000, s.14 ]. W literaturze występuje również określenie „planowanie w podejściu technicznym” [ Kamiński 2002, s.40 ]. Podstawowym zagadnieniem przy opracowywaniu planu jest uzyskanie pełnego obrazu rzeczywistości. Dla osiągnięcia celu niezbędne jest stworzenie kompletnej i aktualnej bazy danych o danym obszarze. Następnie w oparciu o zebrany materiał przeprowadzane są analizy. Oprócz danych ilościowych wpływ na uzyskane odwzorowanie rzeczywistości ma również przyjęta metoda badań. Po zebraniu materiałów źródłowych kolejnym etapem jest opracowanie wariantów projektu i wybór tych, które najlepiej spełniają cele planu. Do zadań planisty należy również opracowanie analiz finansowych i prognozy wpływu proponowanych rozwiązań na środowisko oraz  przygotowanie wytycznych pozwalających decydentom na wybór sposobu działania. Założenia planu miejscowego przyjmowane są à priori przez organ władzy lokalnej. W teorii i praktyce planowania obowiązuje wiara w możliwości minimalizowania konfliktów przez „kompleksowe planowanie przestrzenne”, „wszechstronną analizę danego obszaru” oraz poprzez „optymalizowanie lokalizacji” [ Kamiński, 2002, s.67 ].

Planiści postrzegają zaangażowanie publiczne jako wymóg wynikający z przepisów prawa. Udział mieszkańców wykorzystywany jest jako metoda poznania celów i hierarchii wartości społeczności dla uzupełnienia formalnie przyjętych przez samorząd założeń planu. Niektórzy planiści postrzegają konsultacje jako coś uciążliwego. Jedynie w niektórych przypadkach widoczna jest wola wykorzystania lokalnej znajomości problemów. W większości przypadków informacje zdobyte w ten sposób spotykają się ze sceptycyzmem. Mieszkańcy nie mają dostępu do danych źródłowych, ani wpływu na metody działania, które są określane przez  planistów. Zdanie mieszkańców bywa brane pod uwagę przy wyznaczaniu celów – na początku procesu planowania, oraz przy wybieraniu ostatecznej wersji projektu planu. Udział społeczności lokalnej w opracowaniu planu byłby czynnikiem zmniejszającym integralność i neutralność analiz [ Innes, Booher 2000, s.15 ]. W teorii planowania odwrót od tego modelu rozpoczął się w latach sześćdziesiątych [ Kamiński, 2002, s.54 ], czego odzwierciedleniem są liczne przykłady zastosowań innych metod. Niemniej jednak model jest wciąż obecny w praktyce planistycznej.

Planowanie oparte o wpływy polityczne
Z modelem wpływu politycznego  spotykamy się powszechnie. Plan stanowi zestawienie projektów, które są odpowiedziami na żądania silnych politycznie grup. Decydent pełni funkcję osoby zatwierdzającej projekty. Elity, z którymi współpracuje, odwzajemniają się lojalnością i wsparciem dla jego polityki. Rozmowy prowadzone są w sposób niejawny. Opinie pozostałych członków społeczności nie są brane pod uwagę. Dwa pierwsze modele planowania występują często równolegle, skutecznie wprowadzając w błąd opinię publiczną. Nie pozwala to na dialog i rzeczywiste zaangażowanie mieszkańców [ Innes , Booher 2000, s.16 ].
Omawiany model został szczegółowo przebadany i opisany w literaturze jako „teoria elit” [ Majer, 1999, s.130 ]. Według tej teorii każda zbiorowość posiada swoją elitę – grupę wpływowych obywateli, kontrolujących większość interesów na danym terenie. Elita jest grupą, która w rzeczywistości „rządzi”, choć dzieje się to w sposób niejawny i z pominięciem oficjalnych procedur.

Ruchy społeczne
O ruchu społecznym mówimy w sytuacji, gdy jednostki lub grupy obywateli nie posiadające wpływu na kształtowanie rzeczywistości zbierają się dla osiągnięcia wyznaczonego celu. Przykładem mogą być organizacje ekologiczne. Działalność ruchów społecznych stała się źródłem partycypacji w planowaniu , pozwalając na wytworzenie mechanizmów udziału społeczności lokalnej w podejmowaniu decyzji planistycznych. Liczba osób oraz zorganizowanie stanowią argument, dzięki któremu możliwe staje się wywieranie presji na podejmujących decyzje. Podstawą działania ruchu społecznego jest utrzymanie wewnętrznej integralności. Może on angażować wielu mieszkańców, ale nie reprezentuje wszystkich punktów widzenia. Nie jest możliwa współpraca z tymi, którzy uważani są za wrogów [ Innes, Booher, 2000, s.18 ].  Zdarza się iż samorzutnie tworzące się organizacje sąsiedzkie przeistaczają się w fundacje i stowarzyszenia non-profit, o różnym stopniu formalnej lub nieformalnej organizacji. Takie grupy mogą stać się silnymi graczami reprezentującymi większość społeczności lokalnej. Najczęstszym powodem organizowania się ruchów społecznych jest protest przeciwko lokalizacji nowych inwestycji lub wymianie zabudowy. Tego rodzaju akcje związane są ze znacznymi kosztami, jakie musi ponieść władza lokalna.

Planowanie oparte na współpracy
Healey [ 1997, s.29 ] pod pojęciem planowania opartego na współpracy  rozumie wypracowanie wspólnego stanowiska wyrażającego interesy wszystkich zainteresowanych stron. Inna definicja mówi o planowaniu poprzez dialog. Do tej grupy zaliczane są metody eksperymentalne stosowane w USA i krajach Europy Zachodniej przez organy władzy samorządowej równolegle z metodami tradycyjnymi lub działania podejmowane ad hoc, poza formalną procedurą decyzji publicznych.
Poprawnie funkcjonujące społeczności charakteryzują się tym, że mieszkańcy rozmawiają o sprawach publicznych. Poziom zrozumienia zagadnień dobra publicznego jest budowany poprzez wymianę poglądów. Przy okazji mieszkańcy pogłębiają wiedzę dotyczącą ich własnych potrzeb. Rozmowy sprzyjają wypracowaniu wspólnego stanowiska, ugruntowaniu się tożsamości danej grupy, oraz rozwojowi poczucia przynależności poszczególnych osób do społeczności lokalnej. Naukowcy twierdzą, iż paradygmat partycypacji opartej o bezpośrednią komunikację i obrady jest lepszym rozwiązaniem dla polityki publicznej niż partycypacja oparta o modele techniczne, polityczne lub związane z ruchem społecznym [ Innes, Booher 2000, s.18 ].

Tagi: prawo, społeczeństwo, nieruchomości, urbanistyka, przestrzeń


2009-09-20 21:04
 Oceń wpis
   

Uczestniczyłam w minionym tygodniu w konferencji na temat partycypacji społecznej w planowaniu zorganizowanej 17-18 września przez gdańskie Biuro Rozwoju we współpracy z zespołem krakowskim realizującym pod opieką Pani Profesor Krystyny Pawłowskiej grant o tym samym tytule. Wydarzenie było bardzo ciekawe, tym ciekawsze, że trudno nie dostrzec rozwoju idei. Choćby od ubiegłorocznej konferencji w Niepołomicach, poświęconej analogicznym zagadnieniom. Zarówno ilość uczestników jak i poziom dyskusji wskazuje jak bardzo poruszane zagadnienia stają się ważne w codziennej praktyce urbanistycznej.

Z informacji organizatorów wynikało, że konferencja organizowana w ramach grantu adresowana była przede wszystkim do praktyków planowania przestrzennego. Jej celem było zebranie doświadczeń i wypracowanie metod, które w warunkach polskich i - co ważne - w polskich uwarunkowaniach - pozwolą na wypracowanie skutecznego współdziałania interesariuszy wszelkich działań związanych z kształtowaniem przestrzeni. Wśród uczestników odliczyli się licznie przede wszystkim profesjonaliści planowania i to w większości reprezentujący biura działające w większych miastach. Było też kilkoro reprezentantów biur prywatnych. Zaproszenia zostały rozesłane do urzędników - lecz  przedstawicieli samorządów stawiło się niewielu. Konferencja gościła również lokalnych działaczy społecznych, a także liczne osoby zajmujące się naukowo problematyką planowania, wśród nich tak znane jak np. Waldemar Siemiński, którego artykuły sprzed grubo ponad 10 lat miałam okazję niegdyś studiować.

Coraz popularniejsze staje się przekonanie że partycypacja w Polsce jest czymś nieodzownym, czymś czego się nie da pominąć. Wiele mówiono o dobrych i złych praktykach, o wadze komunikacji społecznej w warsztacie planisty, o metodach, kolejności działań. O tym jak i że dobrze byłoby proceduralnie. Większość prezentowanych tez jest znana ale jako warsztat i pewne powtórzenie - a także niewątpliwie nauka dla osób, które wcześniej nie miały okazji aby się z tą problematyką stykać - można było się sporo dowiedzieć.

Nasuwa mi się pewna refleksja. Partycypacja wtedy jest dobra kiedy jest uczciwa. Uczciwa - to znaczy przewiduje współuczestniczenie interesariuszy (ładne słowo - ma być odpowiednikiem angielskiego stakeholders) w podejmowaniu decyzji w momencie, kiedy jeszcze nie zostały podjęte. Co wyklucza np. bezmyślną kontynuację idei sprzed przykładowo 40 lat o przebiegu nowych dróg szybkiego ruchu w mieście tylko dlatego, że wszyscy się do niej przyzwyczaili i rezerwowany jest korytarz komunikacyjny.

Pewne rzeczy można byłoby oczywiście nazwać inaczej niż zostało to powiedziane. Ale to są w gruncie rzeczy dyskusje teoretyczne, rzec by można akademickie. W końcu nie da się pominąć faktu, że tak jak istnieje potrzeba wypracowania lokalnych polskich metod partycypacji w obecnych warunkach i na obecnym etapie rozwoju (w tym rozwoju społeczeństwa obywatelskiego,które rozwija się żywiołowo - i chwała za to) - tak przy opisie zjawisk związanych z partycypacją trzeba brać pod uwagę istniejący bardzo obszerny dorobek teoretyczny, również zagraniczny. (I nie ma co odkrywać Ameryki, kiedy już została odkryta. O tym że praca naukowa powinna zawierać przegląd literatury tematu, tzw. stan badań - nie trzeba przecież mówić - taka uwaga na marginesie, bardziej a propos rozmów w kuluarach)

Tagi: nieruchomości, planowanie, partycypacja, urbanistyka, społeczna


2009-09-07 14:27
 Oceń wpis
   

Przejrzałam ponad dwie setki projektów autorstwa Nowych Urbanistów. Chciałam wyrobić sobie poparty rzetelną wiedzą pogląd czym jest Nowy Urbanizm, czy też Nowa Urbanistyka. A raczej czym się staje - bo jak mawiał (słusznie) Heraklit - wszystko się zmienia i nic nie pozostaje takie samo. Nawet jeśli takie samo pozostaje to zmienia się wraz z odbiorcą - sama percepcja ulega ewolucji.
Początkowo Neo Urbanizm, czy też Nowy Urbanizm był modą - bardziej architektoniczną nawet niż urbanistyczną - na budowanie w stylach neohistoryzujących. W tej chwili - opieram swoje wnioski na analizie bazy danych projektów zamieszczonych w witrynie CNU (Kongresu Nowego Urbanizmu) - stał się powszechnie stosowaną metodą projektowania z zastosowaniem zasad tradycyjnej urbanistyki, czerpiącą obficie z tradycji urbanistyki europejskiej. Co ciekawe stał się również modą, instytucją, ruchem które występują jako siła sprawcza zdolna zmienić powszechnie dotychczas obowiązujący stereotyp myślenia o domu z ogródkiem na przedmieściach jako o zaspokojeniu życiowych dążeń każdej rodziny.
W stereotypach i modach tkwi siła. Nie szukając daleko owczy pęd za dobrem wszelakim przyczynił się niegdyś do budowy Łodzi - Ziemi obiecanej. Tak sobie czasem myślę że moda na życie w mieście - w gruncie rzeczy wygodniejsze przecież niż ów przysłowiowy niemal domek z ogródkiem na odległych przedmieściach - jest czymś na kształt kreacji. Podobnie jak moda na korzystanie z telefonów komórkowych, pisanie sms-ów, korzystanie z Internetu. Wszystko to robimy aby być bliżej innych. Bliżej wirtualnie. Może kolejna moda polegać będzie na byciu bliżej również fizycznie. Każdą modę da się w ten lub inny sposób uzasadnić "naukowo". Modę na zdrową żywność, porody naturalne lub nienaturalne. Modę na jeżdżenie rowerem lub samochodem z napędem na cztery koła. Nie jestem specjalistą od kreowania popytu ale kreacja mody na życie miejskie jest - tak sądzę - jeszcze jedną kreacją potrzeb obok tysiąca innych. Dość skutecznie realizowaną przez Nowych Urbanistów.
I chwała im za to.


Planowane zagospodarowanie śródmieścia Kendall, FL. Miami-Dade County, z bazy danych projektów zamieszczonych w witrynie CNU

Czasem się tylko zastanawiam po co my mielibyśmy importować drzewo do naszego tysiącletniego lasu. Nazywając Nowym Urbanizmem to co od dawna znane jest jako tradycyjna urbanistyka.

Niniejszy wpis jest rodzajem myślowego skrótu idei zawartych w referacie przesłanym jako głos w dyskusji na Kongres Urbanistyki Polskiej, który odbył się w dniach 3-4.09 b.r. w Poznaniu.

Tagi: społeczeństwo, nieruchomości, miasto, moda


2009-08-27 09:51
 Oceń wpis
   

Jak się okazuje sentymenty mają swoją cenę. Cóż bowiem innego jak nie ulotne poczucie tradycji miejsca, unikalność oraz autentyzm powoduje że najwęższy budynek Nowego Jorku wystawiony jest do sprzedaży za cenę znacznie przewyższającą średnią wartość nieruchomości w tym mieście. Na pewno nie jest to wygoda ani przestronność - bo trudno o nich mówić w przypadku budynku o szerokości 2,7 m. Głębokość domu - 12,8 m powoduje że zapewne pomieszczenia w środku traktu są słabo doświetlone. Budynek nie zwraca uwagi raczej skromnym opracowaniem ceglanej elewacji. Nawet parter położony jest niżej niż u sąsiadów.


Źródło zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/missdju/119521788/

Adres troszeczkę jak z opowieści o Harrym Potterze - Bedford Street 75 1/2. Budynek zajmuje wcześniejsze przejście piesze - stąd zarówno szerokość (czy raczej wąskość) posesji jak i nietypowa numeracja. Niegdyś mieszkały tu poetka Edna St. Vincent Millay oraz antropolożka Margaret Mead wraz z siostrą i jej mężem Williamem  Steig'em - rysownikiem. W końcu XIX wieku produkowano tu i sprzedawano świece.

Uchodzący za architektoniczną ciekawostkę budynek został wzniesiony w 1873 roku i jest najstarszym budynkiem przy ul. Bedford, w artystycznej niegdyś dzielnicy Nowojorskiego Manhattanu Greenwich. W 1923 roku nowojorska artystka Millay (znana pod pseudonimem "Vincent") i jej mąż - importer kawy Eugen Jan Boissevain zatrudnili architekta Ferdinanda Savignano celem renowacji budynku. Z tego okresu pochodzi świetlik dachowy oraz wykończenie szczytu budynku w stylu duńskim, co miało nawiązywać do duńskich korzeni inwestora. Wcześniejsze elewacje utrzymane były w stylu włoskiego klasycyzmu.

W centrum znajduje się spiralna klatka schodowa łącząca trzy kondygnacje budynku i rozdzielająca dwie części pokoju dziennego na pierwszym piętrze. Pod wąskimi schodami znajduje się niewielka garderoba. Miniaturowa kuchnia i łazienka ledwo pozwala na zaspokojenie przypisanych im funkcji.

Do domu przynależy wąski pasek ogrodu na tyłach - jednak międzysąsiedzkie porozumienie pozwala na korzystanie z całości nie ogrodzonego terenu zieleni w przypadku większych imprez.

Cena wywoławcza budynku to - bagatela - 2,7 mln dolarów (7,8 mln zł). Tak pragmatyczni nowojorczycy wycenili sentymenty.

Informacje zaczerpnięte z: thevillager.com oraz z gazeta.pl

Tagi: nieruchomości, architektura


2009-07-08 09:22
 Oceń wpis
   

Tytuł jest cytatem. Tak mnie  ucieszyło że ktoś to głośno powiedział, że aż  z tej radości znalazłam Autora i zaprosiłam do grona znajomych w Facebooku. Cytat pochodzi z artykułu Adama Wajraka zatytułowanego tak jak niniejszy wpis. Artykuł zamieściła oczywiście Gazeta Wyborcza (rzecz dotyczy dziennikarza tej właśnie gazety). Podpisuję się obuma rękami pod zawartymi w przytoczonym tekście treściami.

Ostatnio większość prowadzonych przeze mnie rozmów o pogodzie "schodzi" na tematy związane z powodziami. Lubię słuchać co ludzie mają w tej materii do powiedzenia. Bardzo ciekawie ujął to jeden z moich rozmówców odnosząc się do rejonu Wrocławia. Mówił o obecnej tam niegdyś tradycji znaczenia na drzwiach, scianach zewnętrznych, drzewach  poziomu "wielkiej wody". O przekazywanej sobie z pokolenia na pokolenie wiedzy: TU SIĘ NIE BUDUJE! Wraz z mieszkańcami ta wiedza odeszła w niepamięć. A tereny narażone na zatapianie zabudowano.

Presja budowania na terenach zalewowych jest bardzo silna. Oczywiście naciski nie pochodzą od przyszłych mieszkańców takich miejsc ale od właścicieli nierozparcelowanych jeszcze terenów, w których interesie leży sprzedaż nieużytecznego w ich mniemaniu gruntu. Potem znajdzie się klient który będzie ponosił konsekwencje.  To jedna strona medalu.  

Tymczasem trzeba sobie zdawać sprawę że kwestie wodne dosłownie i w przenośni tworzą system naczyń połączonych. Wszędzie, również poza obszarem zalewowym budowa drogi, nowa zabudowa zmniejsza chłonność gruntu. Realizacji zbiornika retencyjnego lub pozostawienia pasów nieutwardzonych i wolnych od zabudowy w pobliżu cieków wodnych jest w takiej sytuacji najskuteczniejszą metodą odprowadzania nadmiaru wody deszczowej. Istniejące na polach systemy drenarskie służące osuszaniu działają właściwie w przypadku upraw rolnych. W momencie zmiany przeznaczenia terenu na zabudowę mieszkaniową jednorodzinną stają się nieefektywne. Również z tego względu że jeden z sąsiadów coś przebuduje, drugi coś przestawi - naruszając w ten sposób ciągłość przepływu. Zapisy planów miejscowych dotyczące ochrony systemów drenarskich  i konieczności zapewnienia dostępu dla odpowiednich służb oczywiście stanowią pewne remedium - pod warunkiem respektowania. Co w przypadku podzielonego na drobne posesje, intensywnie użytkowanego terenu może być dyskusyjne. 

Tagi: prawo, nieruchomości, urbanistyka, melioracja


2009-07-06 16:16
 Oceń wpis
   

Chyba w ubiegły czwartek wysłuchałam w programie III PR obszernego materiału na temat kształtowania kolorystyki miasta. Wśród osób proszonych o wypowiedź w tej kwestii znaleźli się specjaliści psychologii społecznej oraz wybitni pedagodzy w dziedzinie sztuk pięknych. W materiale znalazł się również cytat z rozmowy z urzędnikiem miejskim stołecznego magistratu, który mówił iż miasto chcąc kształtować wizerunek, w tym w szczególności koloryt zabudowy oraz paletę stosowanych materiałów, pozbawione jest instrumentów prawnych, które mogłyby być użyteczne w tego rodzaju działaniach.
Bardzo mnie to wszystko zdziwiło z jednej strony, a ucieszyło z drugiej. Potrzeba uspokojenia gamy kolorystycznej, przyjęcia ustaleń w tym zakresie może doprowadzić do uzyskania harmonijnego, przyjaznego dla oka otoczenia. Z drugiej jednak strony instrumenty prawne, które służą tego rodzaju działaniom istnieją. I to istnieją od dawna. Są nimi plany miejscowe.
Wśród głosów w dyskusji bardzo brakowało głosu urbanisty. Smutnym jest, że świadomość istnienia takiego zawodu oraz jego kompetencji  jest tak nikła, że nikomu nie przychodzi do głowy prosić urbanistów o radę czy działanie. Jeden z radiosłuchaczy przywołał przykład przepisów niemieckich, które szczegółowo określają nie tylko dozwolone kolory ale również ich odcienie. To są właśnie przepisy, o których istnieniu ani cytowany urzędnik, ani redaktor radiowej Trójki ani też nikt z respondentów czy dzwoniących do radia słuchaczy nie wiedzieli. Przepisy takie zgodnie z obowiązującym prawem  mogą równiez funkcjonować w polskiej rzeczywistości. Pod jednym wszak warunkiem: trzeba je opracować a następnie uchwalić. Gdyby nie fakt, że siedziałam za kierownicą a nie bardzo lubię w takich okolicznościach korzystać z komórki - sama bym zadzwoniła i próbowała prostować. Co niniejszym z pewnym opóźnieniem czynię.

Tagi: nieruchomości, miasto, urbanistyka, estetyka



O mnie
 
Dr inż arch. Małgorzata HANZL adiunkt w Zakładzie Projektowania Urbanistycznego Instytutu Architektury i Urbanistyki Politechniki Łódzkiej


Ankieta
 
Czy uważasz że ograniczanie indywidualnych gustów inwestorów w imię zachowania ładu przestrzennego jest potrzebne?
Tak i temu służy planowanie miejscowe
Nie, za to odpowiadają architekci. Oni to robią najlepiej i nie potrzebują dodatkowych przepisów regulujących ich twórczość
Uważam że oryginalność jest nadrzędną wartością nad zachowaniem ogólnego ładu
Nie wiem o czym mowa
 


Kategorie Bloga






Najnowsze komentarze
 
2016-06-03 10:46
Szara Ala do wpisu:
Legalizacja samowoli budowlanych w orzeczeniu TK
ten wyrok uratował nam życie ;) niestety w naszej gminie nie znali takich "nowych praw" ( ;))[...]
 
2016-03-04 10:44
walery do wpisu:
Wielkomiejski snob podmiejski
Gośka, skad tyle jadu i sarkazmu w tym tekście ? Zgadzam się , ze MPZP powinny szczegółowo[...]
 
2015-09-02 08:41
mojemiasto.org.pl do wpisu:
Niedorzeczność
Ja sama zrezygnowałam z auta na rzecz roweru kilka lat wstecz. Łódź nie jest najgorszym[...]
 
2015-09-02 01:21
E. do wpisu:
Niedorzeczność
Właśnie wróciliśmy z Trójmiasta... gdzie wybraliśmy się pociągiem z rowerami. Nieporównywalnie![...]
 
2015-05-29 15:58
majka.skowron do wpisu:
O katastrofie - sagi odcinek pierwszy
Zgadzam się 98% tego wpisu. 2% to przestarzały tabor autobusowy, którego w Łodzi nie mamy.