2013-11-07 12:10
 Oceń wpis
   

Dzień jak co dzień w mieście nieprzyjaznym dla ludzi: Wędrowałam sobie ponad 500 metrów wzdłuż ulicy Rewolucji z kupą psią w woreczku w poszukiwaniu kosza na śmieci. Po tym jak pies się załatwił na nędznych pozostałościach niegdysiejszego drzewa. Ryk aut taki że własnych myśli nie słychać. Tego co mówiła do mnie córka też nie byłam w stanie usłyszeć dopóki nie powtórzyła głośniej i trzy razy.

.....

Trudno określić nastrój ostatnich kilku dni terminem innym niż schizofrenia. Rozdwojenie jaźni. Z jednej strony cieszymy się wizytą w Łodzi wizytą wielkiego duńskiego urbanisty, ktory głosi że miasta mają być przyjazne dla ludzi nie dla aut. Z drugiej strony jesteśmy świadkami początku inwestycji która służyć ma ułatwieniu tranzytu samochodów. Oczywiście nie tylko, oczywiście upraszczam. Ale trudno nie zauważyć że w rezultacie tegoż rozdwojenia a tak naprawdę korków nawet spokojni dotychczas ludzie zaczęli być bardzo nieprzyjemni. Agresja wśród kierowców narasta, niedługo jako codzienny rowerzysta mogę zapewne spodziewać się że stanę się ofiarą pobicia. A moje spokojne i pokojowe korzystanie ze śródmieskich ulic zostanie zakłocone atakiem agresji jakiegoś nieokiełznanego w swoich zamiarach kierowcy. No bo to przecież my jesteśmy winni że oni nie mogą dojechać. My, ci inni. Piesi, dzieci, starsi, naukowcy mówiący że miasta mają być dla ludzi, nie dla aut.

Dodając do tego deszcz, który nie poprawia nastroju chciałoby się zaszyć w mysiej dziurze i nikogo już nie nauczać, nie mówić, nie reagować, nie chcieć. Zapomnieć, nie być, pić leniwą herbatę. Tymczasem jak co dzień wsiądę za chwilę na rower i nie zważając na deszcz dotrę tam gdzie dotrzeć powinnam. Co zajmie mi jak zwykle nie więcej niż 25 minut. Na przekór wszystkim którzy zamknięci w blaszanych puszkach boją się doświadczyć miejskiej rzeczywistości. Po drodze zobaczę wściekłość, agresję ale może też uśmiech. Zapewne spotkam innych, znajomych rowerzystów - bo my rowerzyści, szczególni ci którzy nie boją się deszczu, już się znamy. Lubimy i nawzajem wspieramy. Na przekór i żeby było milej, weselej, radośniej i przyjaźniej. A wy wszyscy inni narzekajcie.


Komentarze

2013-11-10 22:56:28 | 194.63.133.* | jesusbuiltmyroadster
Re: Dzień jak co dzień [6]
Pani naprawdę sądzi, że gdy siedzę za kierownicą któregoś ze swych aut, w cieple, słuchając ulubionej stacji radiowej lub płyty,
albo ze zdjętym dachem, to czuję jakowąś zawiść czy nienawiść wobec rowerzystów? Nie. Jedyny objaw złości, jaki mi przychodzi do
głowy, objawia się tylko wtedy, gdy rowerzysta łamie przepisy PoRD (fakt, to nagminne zjawisko) lub/i zachowuje się niebezpiecznie
i nieprzewidywalnie, ale to jest ta sama złość, którą wywołuje kierowca, pieszy, ktokolwiek kto nie przestrzega PoRD. I wtedy
szlag mnie trafia, również gdy jadę na rowerze -- co też mi się zdarza. Poza tym moje odczucia wobec rowerzystów mieszczą się w
szerokim spektrum: od współczucia, gdy rowerzyście siecze w twarz zimny deszcz czy mokry śnieg, przez radość, że sobie jedzie
szybciej ode mnie (dziś on, jutro ja) po, najczęstsze, zwisanie mi zwiędłym kalafiorem na okoliczność obecności rowerzystów na
ulicach.

Osobną kategorią zjawiska są pewne comiesięczne demonstracje obliczone na destabilizację ruchu w mieście: ale znów problemem nie
jest miejsce, w którym się znajduję: pół godziny oczekiwania na przejściu dla pieszych, w autobusie, samochodzie czy tramwaju,
tylko dlatego że demonstranci muszą zaznaczyć swoją obecność, jest równie denerwujące niezależnie od miejsca obserwacji, jak i
przyczyny: przemarszu kiboli, górników, czy przejazdu masistów krytycznych.

Zasadniczo mam ten komfort wyboru czasu i drogi, że większość moich tras pokonuję najszybciej samochodem. Często też jeżdżę
samochodem dla przyjemności, a i czasami rowerem, bez obrzydzenia. Staram się nie utrudniać życia rowerzystom (ani innym
użytkownikom ruchu) i prawdę mówiąc nie rozumiem tej konieczności tworzenia podziałów: my -- dobrzy rowerzyści, oni -- źli
puszkarze. skomentuj
2013-11-11 16:49:57 | *.*.*.* | mojemiasto.org.pl
Nie w tym rzecz. Rzecz w dysproporcji. To jest mniej więcej ten sam kłopot z którym próbują sobie obecnie radzić w Stanach.
http://www.nytimes.com/2013/11/10/opinion/sunday/is-it-ok-to-kill-cyclists.html?pagewanted=all&_r=0
Pomimo braku infrastruktury i tak rowerzyści poruszają się po zakorkowanym mieście najszybciej. Tyle tylko że grozi im to
utratą życia i zdrowia.
Wściekłość jest mi obca, podobnie jak podziały. Też czasem bywam kierowcą, ale nie wybieram tej formy transportu po to żeby
dojechać do pracy. W tym celu, odmiennie niż większość moich znajomych wybieram rower bo szybciej, zdrowiej i przyjemniej.
Natomiast "puszkarze" tu cytuję produkują spaliny i hałas w miejscu gdzie mieszkam - co narusza moje prywatne interesy - oraz
jakość życia w mieście. Powodując że mam mniej fajnych sąsiadów niż gdyby chcieli tu mieszkać ci wszyscy dla których jakość
życia ma znaczenie. Proszę zrozumieć odmienne podejście :). skomentuj
2013-11-21 21:34:19 | 194.63.133.* | jesusbuiltmyroadster
Czy aby na pewno "brak fajnych sąsiadów" jest spowodowany wyłącznie obecnością hałasujących i śmierdzących "puszkarzy"
(jakie piękne określenie, tak pięknie przeczące deklaracji tworzenia podziałów "my i oni")? Nie sądzę. A wręcz obawiam
się, że nie jedyna, bo moim zdaniem za niechęcią przeprowadzenia się do centrum stoi przede wszystkim sąsiedztwo (taki
przykład: siostra mojego kolegi ze studiów mieszkała w kamienicy na ul. Nawrot, mieszkanie fajne, zadbane, tylko że już za
drzwiami pojawiał się, że tak to nazwę, kontrast). Pracowałem parę lat na Piotrkowskiej i nie, nie brak infrastruktury
rowerowej/nadmiar samochodów powodował odrzucenie tego miejsca, a przede wszystkim wszechobecna żulernia i odbiór centrum
jako miejsca, gdzie można się urżnąć, za przeproszeniem, zeszczać/zrzygać w bramie i potoczyć się na przystanek autobusu
nocnego. Jak dla mnie to trzeba zacząć od radykalnego podniesienia standardu kamienic (owszem, nie wszystkich, niektóre
mają się dobrze) i kosztu mieszkania, bo chyba tylko wybitnie empatyczni aktywiści są gotowi współdzielić klatkę/podwórko
z ludźmi o tzw. wyuczonej bezradności czy cwaniaczkami, którzy pracą się nigdy nie skalali.

Dodam jeszcze, że nie każdy "fajny sąsiad" będzie miał komfort pracy w centrum lub zaraz na jego obrzeżach, zatem za
chwilę może chcieć sprowadzić swoją śmierdzącą i hałaśliwą "puszkę". No ale skoro centra (pytanie jeszcze, o jaki obszar
chodzi?) mają być zamknięte dla samochodów (lub ruch samochodowy ma być mocno upośledzony), to jak tu go użyć? Gdyby
chociaż wokół była jakaś obwodnica i trochę parkingów?

Nie znam problemów miast w USA, ale miałem okazję pooglądać tzw. Amerykę z ludzką twarzą czyli Australię: stawianie na
transport rowerowy w dużych metropoliach, takich jak np. Sydney jest śmieszną mrzonką: rowerem można sobie pojeździć po
CBD i okolicznych dzielnicach, z Randwick na UNSW, albo po Centennial Parku (co zresztą autochtoni robią, częstokroć
przywożąc rowery samochodami) ale tylko twardziele poradzą sobie z dojazdami po 30-40km w jedną stronę (co nie jest czymś
niezwykłym). I to nie jest problem braku ścieżek (których w Sydney trochę jest), tylko 12 milionowej niskozabudowanej
metropolii, która się rozlazła i ciężko ją będzie skompresować.

Dobrze, że podkreśla Pani, że chodzi o jej prywatne interesy: tylko jak się to ma do prywatnych interesów pozostałych
700000 mieszkańców Łodzi? skomentuj
2013-11-25 05:35:10 | *.*.*.* | mojemiasto.org.pl
Również w Ameryce w ostatnich latach coraz więcej osób zmienia sposób codziennego funkcjonowania wybierając takie jego
formy które pozwalają na większą integrację z sąsiadami/ bliźnimi/ etc.
Jako że posługuje się Pan tu kilkoma bardzo popularnymi stereotypami które rzeczywiście funkcjonując w świadomości
tych którzy wybrali inny styl życia służą jego uzasadnieniu pozwolę sobie do tego odnieść. Pierwszy z tych stereotypów
to mit niebezpieczeństwa oraz obawa przed sąsiadami. Doświadczenie własne tudzież znajomych wynikające z mieszkania w
śródmiejskich kamienicach zdecydowanie nie potwierdza tego mitu. Owszem to prawda że niekiedy pojedyńcza osoba
zajmująca mieszkanie komunalne czy socjalne potrafi zatruć życie sąsiadów ale to nie są przypadki powszechne. Raczej
traktowałabym to w kategoriach wyjątku. Który wymaga podjęcia zbiorowego działania przez pozostałych mieszkańców,
zazwyczaj uwieńczonego sukcesem.
Drugi taki mit to brak możności dojazdu dla osób które pracują poza miastem (na tyle daleko że nie mogą korzystać z
komunikacji publicznej albo z roweru). Nie bardzo wiem dlaczego nie mogliby dla potrzeb dojazdu nie móc skorzystać z
posiadanego samochodu. Przecież przewaga ruchu innego niż transport indywidualny nie oznacza zamknięcia ulic dla aut.
Przeciwnie - mnogość dostępnych rozwiązań oznacza że te ulice są mnie zakorkowane, bardziej drożne, więc do celu ci
którzy tego naprawdę potrzebują mogą dojechać szybciej.
To nie są wyłącznie moge prywatne interesy, podobnie wygląda podejście i percepcja iluś mieszkańców śródmieścia.
Zarówno tych starszych, którzy muszą łatwo dotrzeć do lekarza, jak i tych aktywistów którzy jeżdżą rowerami i uczynili
z wyboru miejsca zamieszkania sposób na życia. Także tej nielicznej inteligencji która doceniając piękno starej
dzielnicy chce z nią na codzień obcować. Jak i wreszcie tych którym sytuacja materialna nie stwarza wyboru. Choć
również tej grupy nie można nazywać jednorodną.
Jestem w stanie zrozumieć rozpaczliwe poszukiwanie uzasadnienia dla godzin spędzonych na dojazdach do wymarzonej
podmiejskiej rezydencji, gdybym wydała całość oszczędności a niekiedy pieniądze pochodzące z kredytu na tego rodzaju
inwestycje również bym pewnie tak myślała. Jednak nawet w tak z pozoru beznadziejnej sytuacji pewna organizacja
rozproszonej zabudowy wokół węzłów transportu zbiorowego zapewne ułatwiłaby codzienne funkcjonowanie. TOD jest
pojęciem wymyślonym w US i zaczyna znajdować zastoowanie również w Australii. skomentuj
2013-11-29 00:12:29 | 194.63.133.* | jesusbuiltmyroadster
Postaram się możliwie krótko:

- powtórzę: mój "mit niebezpieczeństwa" nie powstał z iluminacji, tylko ze spędzenia paru lat na Piotrkowskiej w
normalnych godzinach pracy, wieczorami, niejednokrotnie też w weekendy (niekoniecznie w celu poimprezowania), może
na pechowość naszej lokalizacji wpływały bliskość sklepu nocnego, "China Town" i pasażu Schillera? W każdym razie
datków na wino nie doliczę się do końca życia...

- przy czym moja praca polegała również na serwisowaniu klientów, głównie ze śródmieścia, więc nie pozwolę sobie
zarzucić, że miałem do czynienia ze śródmieściem zza ścian naszej siedziby (których, na przestrzeni czasu, mieliśmy
cztery, trzy w dwóch różnych częściach Piotrkowskiej i jedną na Al. Kościuszki),

- nie trzeba pracować za miastem, żeby wybrać samochód, wystarczy praca w przemyśle, w systemie zmianowym, co w
mieście niebieskich kołnierzyków nie jest czymś niespotykanym; zwłaszcza w godzinach "nadrannych" indywidualny
środek transportu daje duże zyski czasowe nad zbiorkomem (been there),

- albo praca wymagająca dyspozycyjności (co znów nie jest czymś niespotykanym),

- skoro jesteśmy przy "podmiejskich rezydencjach" to moje 7km do centrum pokonuję: w 15-20 minut samochodem w ciągu
dnia (8-10 w nocy, w zależności od świateł), około 30 minut rowerem (w zależności od świateł, ale nigdy nie udało
mi się zejść poniżej 25) i ponad 40 autobusem MPK (od czasu wyłączenia W-Z, kombinacje z tramwajem odpadają). Do
czasu podróży rowerem muszę jeszcze doliczyć kilkanaście minut na doprowadzenie się do normalności (prysznic,
zmiana odzieży), więc logicznym jest, że z powodów czysto praktycznych wybiorę samochód, a parking firmowy i 300
litrów bagażnika ułatwiają mi ten wybór,

- wielu rowerzystów zresztą podkreśla, że rower sprawdza się na dystansach do kilku kilometrów, potem robi się już
mniej fajnie (bo wydolność organizmu, bo czas podróży),

- nie jestem wrogiem uspokojenia ruchu na niektórych ulicach, ale życie nauczyło mnie podchodzić do inicjatyw o
sporym zabarwieniu ideologicznym sceptycznie (ideologia często przesłania pragmatyzm), a i też nie wierzę w moc
sprawczą niektórych zabiegów (np. zawężania ulic, które moim zdaniem nie zadziała, chyba że mamy na myśli tworzenie
pasów ruchu o szerokości poniżej 2 metrów),

- będę się zatem upierał, że o ile ulice typu Lipowa, Rosevelta, Żeromskiego etc, powinny być uspokojone (przy czym
nie zawsze do 30), to musi być możliwośc sprawnego objechania/przecięcia Śródmieścia, a także sprawnego dojazdu do
Dworca Fabrycznego (również z uwagi na Boat People, dla których każda minuta jest cenna).

- TOD: gdy metropolia ma 12000 km kwadratowych i 550000 mieszkańców, to wielu z nich będzie zmuszonych spędzać
godzinę dziennie w jedną stronę w samochodzie (z alternatywą w postaci pomnożenia tego czasu w przypadku
komunikacji miejskiej), dodając jeszcze krótszy dzień (latem w Sydney słońce zachodzi około 20:00) perspektywa
urwania godziny jest co najmniej kusząca. Oczywiście, można zachęcić ludzi do przesiadki na zbiorkom przez
wyrównanie czasu podróży zbiorkomem i transportem indywidualnym, tylko jeszcze nie widziałem, żeby odbywało się to
przez skrócenie czasu podróży zbiorkomem. skomentuj
2013-11-29 16:28:51 | *.*.*.* | mojemiasto.org.pl
Zaczynamy rozmawiac o tym samym. Bardzo dziekuje za te wypowiedz.
Mieszkam w srodmiesciu i w mojej ocenie ulica Piotrkowska nie jest reprezentatywna. Tam faktycznie ilosc
zebrakow oraz osob pijanych jest zdecydowanie wieksza.
W pomysle uspokojenia ruchu nie ma ideologii. Jest sprawdzony w wielu miejscach pragmatyzm. To dziala bardzo
dobrze np. zeby nie siegac daleko w wielu ulicach w centrum Krakowa.
Metabolizm zmienia sie po okolo roku codzinnego jezdzenia rowerem. Obserwacja potwierdzona doswiadczeniami
wlasnymi oraz innych rowerzystow. Potem przestaje sie to odczuwac jak wysilek fizyczny. Nawet jesli sie jedzie
dosc szybko.
Nie rozumiem Pana komentarza dotyczacego TOD. W skrocie idea dotyczy wykorzystania transportu pieszego dla
obslugi rejonu dworca/przystanku w promieniu dojscia pieszego.
Mniej aut oznacza bardziej sprawny transport zbiorowy i odwrotnie. To jest dosc prosta zaleznosc wymagajac
ustalenia priorytetow. Oraz konsekwentnie prowadzonych inwestycji. skomentuj
2013-11-25 05:42:40 | *.*.*.* | mojemiasto.org.pl
W Europie zaś problem organizacji życia tych którzy nie chcą żyć w wielkich miastach, lecz wybierają raczej
bliskość natury również doczekał się szeregu rozwiązań, uwzględniających jednak potrzebę koncentracji, zazwyczaj
również związaną z obecnością węzła transportu. Możemy tu porozmawiać o miastach ogrodach Howarda. Mit pustelni i
obcowania z przyrodą w sytuacji kiedy jest nas tak wielu nie ma szans stać się rzeczywistością, no być może na
księżycu. skomentuj
2013-11-07 12:52:53 | 31.183.2.* | Mierniczy
Re: Dzień jak co dzień [0]
Wystarczyłoby, żeby wszystkich miejskich samochodziarzy, którzy nie muszą przewozić wielkich bagaży, zaopatrzyć w taki pojazd:
http://www.wejkama.com/images/velomobile/velomobile.jpg
i nie nie byłoby potrzeby budowania w mieście 'ałtostrad'.
Velomobile jest czymś pomiędzy rowerem, motorowerem a samochodem. Chroni przed deszczem i wiatrem, ale jest zasilany głównie siłą
mięśni. Występują też wersje z silnikami elektrycznymi, ale rozwijają prędkość tylko do 50 km/h, co odpowiada parametrom
motorowerów. Niewielka masa pojazdu - zbliżona masie pasażera sprawia, że ma on stosunkowo krótką drogę hamowania. Jednocześnie
jego niewielkie rozmiary przekładają się na znacznie większą przepustowość dróg, niż dla samochodów.
Aerodynamiczna sylwetka pasażera w trakcie jazdy daje oszczędność energetyczną ze względu na znacznie mniejsze opory powietrzne
(pedałując na maxa na zwykłym rowerze osiąga się ok. 50 km/h, na tym pojeździe są to wartości o połowę wyższe). Daje też większe
szanse przy wypadku (z roweru spada się z dużej wysokości i nawet przy prędkości 5 km/h można się zabić).
Oczywiście takim pojazdem naprawdę bezpiecznie możnaby jeździć tylko po ulicach, na których obowiązywałby zakaz wjazdu dla
samochodów. skomentuj



O mnie
 
Dr inż arch. Małgorzata HANZL adiunkt w Zakładzie Projektowania Urbanistycznego Instytutu Architektury i Urbanistyki Politechniki Łódzkiej


Ankieta
 
Czy uważasz że ograniczanie indywidualnych gustów inwestorów w imię zachowania ładu przestrzennego jest potrzebne?
Tak i temu służy planowanie miejscowe
Nie, za to odpowiadają architekci. Oni to robią najlepiej i nie potrzebują dodatkowych przepisów regulujących ich twórczość
Uważam że oryginalność jest nadrzędną wartością nad zachowaniem ogólnego ładu
Nie wiem o czym mowa
 


Kategorie Bloga






Najnowsze komentarze
 
2016-06-03 10:46
Szara Ala do wpisu:
Legalizacja samowoli budowlanych w orzeczeniu TK
ten wyrok uratował nam życie ;) niestety w naszej gminie nie znali takich "nowych praw" ( ;))[...]
 
2016-03-04 10:44
walery do wpisu:
Wielkomiejski snob podmiejski
Gośka, skad tyle jadu i sarkazmu w tym tekście ? Zgadzam się , ze MPZP powinny szczegółowo[...]
 
2015-09-02 08:41
mojemiasto.org.pl do wpisu:
Niedorzeczność
Ja sama zrezygnowałam z auta na rzecz roweru kilka lat wstecz. Łódź nie jest najgorszym[...]
 
2015-09-02 01:21
E. do wpisu:
Niedorzeczność
Właśnie wróciliśmy z Trójmiasta... gdzie wybraliśmy się pociągiem z rowerami. Nieporównywalnie![...]
 
2015-05-29 15:58
majka.skowron do wpisu:
O katastrofie - sagi odcinek pierwszy
Zgadzam się 98% tego wpisu. 2% to przestarzały tabor autobusowy, którego w Łodzi nie mamy.